(2009) kahula


Rozdział 1

– Nigdy nie zabijaj jak Cię widzą! Nie ma sensu! Po co?! Tylko motłoch zabija po kryjomu i jeszcze się tego wstydzi…przywódca widzisz wie, że śmierć jest bez sensu (z czysto statystyczno-ekonomicznego punktu widzenia) więc uśmierca jedynie dla przykładu! By widać było, że umie, że chce, że mu zależy ale w głębi duszy mu żal…paniemajesz?!
– Nie ucz ojca…lej…Twoje zdrowie!…gin!
Polski zbójnik usłuchał rady swego rosyjskiego przewodnika…”Dobry Rusek był…i mało pił…ale niebezpieczny…chyba?!”

*

Polskie Tatry XIX wieku były równie niebezpieczne jak wcześniej i jak wcześniej i jak już chyba zawsze będą. Trzeba rozumieć zasady a wedle zasad to są Polskie Tatry więc po co komu tutaj ruski szpieg?!
– Szpieg?!
– Szpieg czy nie szpieg…aj Jurcyś…coś ty taki?! Może i nie ruski ale jakiś taki…
– …szpieg!
– Gupio godoł, dostoł kolkę, Mo nouczke…
– Ta?!
– A co nie ma?
– No…ma!
Najciekawsze, że to ja Alexij Stjepanowicz Lukachescu jestem rosyjskim szpiegiem, ten drugi góral to bułgarski cygan szmuglujący srebro do Królestwa a ofiara to Boga Ducha winny Żydek z Krakowa który na starość postanowił pisać książki kryminalne… a kto jak kto ale my (…arystokraci) nie lubimy pismaków. Zresztą zależy jak piszą…byle nie pisali prawdy do Cholery Jasnej, Kurwa Mać!
– Kahula dla tego pana, jeszcze raz, ten pan jak pije to pije; nie należy mu przeszkadzać…i jeszcze raz…tak jest tawarisz Alexij…za mamusie…za tatusia…zwłoki poszpszątane…zeznania ustalone…zbóje w Tatrach pijom…my Żydki karczmujemy…i za tatusia…a dziękuję! Do usług, do usług Jaśnie Pana…my Żydki, plugawe Chrystusa Katy karczmujemy…a Wy towariszu Alexieju płacicie…syto płacicie…Kahula! Kapela! Żwawo! Żwawo dziołchy! Cycki dla pana Alexandra! Pan Alexander zmęczony; już drugą butelkę likiereczku biedaczek, samotny pije i płaci! Cycuszki!…grupnie…ładnie? Podzienkował!…i dzienkuje…to na przyszłość syna odłożę…chowam aby Żydem podłym jak ja, Chrystusobujcą obrzezanym nie był! Ale porządnym z pokolenia Prawosławnym na pokolenia Rosyjskim paniczem jak pan…Mości Panie Alexandrowi…Alexiejeu Stiepanowiczu…Bóg zapłać! Już idę! Już lecę! Spasiba…

**

Rozdział 2

Właściwie misja jest prosta: Szwaby robią w Breslau „Wystawę Światową” i potrzebują jakiegoś chwytliwego wynalazku…najlepiej matematycznego – bo najtańszy a motłoch i tak nie rozumie a czuje respekt.
Wszyscy (…arystokraci) wiedzą, że matematykę albo właściwiej Matematykę rozumie jeden Chińczyk, który woli pozostać anonimowy. Ruskim płacą Niemcy, a ja jako Bułgar jestem neutralny więc za ruble jadę z Jejska nad Odrę gdzie wymienię notatnik Chinola (swoją drogą ciekawa rzecz!) na marki i czyściutki Austriacki  (a teraz to nawet Austriacko-Węgierski) paszporcik.
Lubię Tatry…wiem, że te gnidy gdy tylko zasnę wbiją mi ciupagę w przełyk ale po pierwsze nie śpię (nigdy!) – czasem tylko drzemię ale tylko w dzień i tylko w podróży…a po drugie: płacę! I to w rublach a kto płaci w rublach ten ma władzę. Taki jest układ. Wszyscy o tym wiedzą, nikt nie lubi (poza Carem) i chyba tylko ten Chińczyk potrafi zmienić…ale po co?

*

– Alex…
– Tak kotku?
– Płacisz? Czy się kochamy, żenimy…wiesz…jak zawsze?
– …i nigdy. Płacę! Kurewko, masz tu 3 ruble i powiedz Żydowi, że dałem 5 żeby czuł respekt. Górali karm sycie ale się nie spoufalaj!
– Ładna jestem?
– Dobra masz 4 ale nie proś więcej bo mi się sprzykrzysz; Żydek cię powiesi za nierząd, prostytucje, dewiacje i złotówki z Białego Dunajce. Sama rozumiesz, że nic tak nie cieszy Papistów jak trupek ładnej kurewki i to za złotówki! Do tego za nierząd!…i cały ten grzech…
– …tak.
– Czego mi życzysz?
– Śmierci!
– Daj Bóg! Bywaj!

Rozdział 3

Lubię Wrocław. Jest taki Polski! Szwaby myślą, że to ich ale mogę się założyć, że przy pierwszej większej wojence chłopi ruszą na kamienice i upomną się o swoje. Swoją drogą Polaczki przyjęli najmądrzejszą taktykę: nie mają państwa – więc nie muszą płacić za wojsko i mają wszystkich w dupie. Ruchają się jak króliki, nienawidzą wszystkich jak leci…o ten na przykład: idzie se jak król. Brudny, pijany i to w centrum (Breslau!) imperium okupanta. I co?! Po jakiemu gada? Po polsku! „…że to jego miasto, że Szwabów powybija jak pluskwy, …jak tylko wytrzeźwieje”. Póki co pije i chociaż płaci w markach to ja sobie myślę, że jak ten Naród rzeczywiści wytrzeźwieje to tych fagasów, tych Żydków, nawet Ruskich z ich nadętym Carem powybijają jak pluskwy i zrobią sobie tutaj Wrocław!

– I co jak podróż
– …ehh
– Ilu?
– Trzech, może czterech.
– Ehh! To ja się…czy ty się starzejesz?
– A ile ja mam lat?
– Acha!…teraz masz 28…nazwisko ci napisałem prawdziwe bo wtedy we wszystko ci uwierzą (jak zawsze zresztą!) ale na pewno nie w to, że ty to ty.
– Głupie.
– Kahula?
– Zawsze.
– Dymitr…czemu właściwie ty mi ufasz? Przecież jakby co, dobrze wiesz, że byłbyś pierwszy którego bym wydał. Do tego jeszcze z przyjemnością (niekrytą!) wręcz orgazmiczną przyglądał się twojej egzekucji.
– Nie ufam.
– No właśnie…a ja cię jak syna…Twoje zdrowie!
– W gardło moje!
– Tak jest! Życie…muzyka, lato! Czytałeś?
– Po pierwsze nie jestem kretynem, po drugie nie mówię po chińsku a po trzecie…
– I co myślisz?
– Interesujące…motłoch kupi…
– A ty?
– Ja sprzedam!
– Oj Dymitr, Dymitr…to jest właśnie…
– Mate…
– …matyka! Moje zdrowie!
– Żebyś, kurwa, Żydzie umarł a Polaki sikały na twój grób!
– Ha, ha! Prędzej chłopcze…chyba, że…zobaczymy…
– Ja się ich boje, tacy oni jacyś…
– Wiem.
– Mam taką wiesz…kurewke w górach…
– O!
– …taka jest wiesz…Jak prosi to musisz odmuwić.
– Masochizm?
– No! W pełnym tego słowa znaczeniu. Ona się boi, że ją zostawię, zapomnę, zabiję a ja gdybym mógł…
– To byś to zrobił!
– …właśnie.
– Kahula?
– Zawsze!
– Wyobraź ciekawa anegdota: idę sobie ostatnio…
– Dobra komu w drogę temu pieniądze…
– Idę, idę…dobra schowaj!
– Ile było ustalone?!
– Przecież jest!
– No właśnie! A czterech w ziemi? A kurewka w Tatrach? A słuchanie twoich dennych anegdotek? A wreszcie to, że mi się nie chce ciebie spaślaku słuchać, a ty nie chcesz mnie oglądać!
– Masz!
– Kahula?
– Raus!

*

Dobra jeden głupi Żyd zapłacił. Wniosek: znaleźć kolejnego frajera.

– Oryginalny?
– Prościutenko z Pekinu!
– Czy jestem pierwszy który to ogląda?
– Przecież mnie znasz!
– No właśnie…
– No dobra…będę szczery…pokazywałem Schaumannowi ale wykręcał kota ogonem i w końcu nie zapłacił.
– Nie?
– Nie.
– Ja wiem, że dał ci czyściutki pasz…
– Giń!

Kurwa! Znowu się zaczęło…Spokojnie…spokojnie…Kahula! Twoje zdrowie!…albo raczej moje bo ci się już nie przyda. Co tu masz przy sobie? Portfelik? Oo! Bardzo ładnie! Podziękował. Binokle? Sprzeda się…
– Alex…ja ci wybaczam…ja wiem…posłuchaj…
– Nie to ty zdychaj!
– …ja zdycham…mi nie zależy…posłuchaj…tutaj chodzi o coś zupełnie innego.
– O co?!
– …oni cię zabiją…oni..o
– Kto?!
– …Polacy…
– …mnie?! Za co?
– …oni szukają jakiegoś przywódcy…oni…
– No co Żydowino?! Szybko mów bo nie lubię widoku krwi i kajdanek na raz!
– Oni cię zabiją…

**

– Kotek! Co tak się zasępiłeś? O czym myślisz?
– Zabiłem wczoraj chyba złego Żyda…
– Ty?! Oj Aluś! Po co ty…Ciągle opowiadasz mi te brednie. Przecież ja cię znam! Ty byś nawet muchy nie zabił. Bo nie umiesz!
– Oj Anuś! Jak ja cię kocham!
– Słyszałam, że planujesz tutaj jakiś interesik otworzyć…
– Tak?! Od kogo?
– …mówią na mieście…
– Kto?
– Nasi.
– A jaki?
– No wiesz…
– Ja już się w to nie bawię. Zmęczony jestem. Mam swoje własne interesy. Zresztą jestem Bułgarem do kurwy nędzy!
– Kto to wie…
– Ja!
– Co ty wiesz…
– A ty co wiesz?! To co ci ksiądz na sumie powie a baby na targu przetłumaczą po swojemu!
– Ach ty taki…
– Jaki?
– Ateista…
– Oo! Ania z pola powiedziała „ateista”! To skoro jesteś taka mądra, że już teraz „ateistami” rzucasz to czemu…
– Bo cie kocham.
– Ja nie będę się bił o jaką wojnę na której mi w ogóle nie zależy!
– A ja?
– Ale ty kluseczko moja najmilsza…Ja nie jestem patryjotą!…ja…
– To czemu mówisz po polsku?
– Was?! Wenn Ich will Ich sprache Deutch! Hoch-deutch! Einfach! Es mach kein vergleich, ty durna krowo! Nie wtrącaj  się w sprawy męskie bo skończysz jak ten twój zasrany kraj! Tutaj trzeba totalnej rozpierduchy; wojny światowej! Ja nie chcę się w to bawić! Czy ty tego nie rozumiesz?!
– Nie.
– No właśnie.
– Schaumann.
– Co Schaumann?
– Schaumann mówi, że twoja matka…
– Wychodzę!
– …że twoja matka była Polką! Ty jebany w dupę ordynarny bękarcie!

***

Schaumann mówi, że moja matka była Polką? Wiele w życiu wiedziałem i wiele słyszałem…ale…zresztą co mnie to gówno obchodzi?! Żyd, Polka i Szwab: śmiechu warte towarzystwo! Aj Tatry, Tatry jak mi tam dobrze było…jakoś świeżo, naturalnie, bez pośpiechu a tu patrz: Breslau Hauptbahnhof i Orient Express! Wynalazki! Już nawet stara, dobra Anka rzuca „ateistami”…co ja mam robić? A co gdyby nawet moja matka była Polką? Co to w ogóle zmieni? Każdy jest w jakimś stopniu Polakiem bo tego zawszonego kraju nie ma! Właśnie dlatego mówię po polsku bo jestem …arystokratą. Potrzeba mi jakiejś misji…ale jakiejś takiej…ja wiem…

– Co ty, kurwa, Żydzie pierdolisz, że moja matka była Polką?!
– Bo była…
– A gdzie teraz jest?
– Nie wiem.
– Muszę stąd wyjechać i potrzebuje celu!
– Jedź do Paryża albo Wiednia, odpoczniesz…
– Ile się teraz pływa przez Atlantyk?
– Zależy którą klasą. Pierwszą: nie polecam bo Polacy cię zastrzelą. Drugą: będziesz musiał szwargolić po francusku a znając ciebie nie wytrzymasz i ty kogoś zastrzelisz. Trzecią natomiast: będziesz chlał z Irlandczykami i Szwedami, wybawisz się, wyruchasz, w karty pograsz i w Nowym Orleanie będziesz goły, wesoły, bez paszportu, marek które ci dałem ale żywy.
– Acha.
-No. Kahula?
– Poczekaj! …albo nie czekaj. Lej!
– Może Casablanca?
– Masz tam kogoś do zabicia?
– Nie. Ale wiesz…zawsze ktoś…się znajdzie…jest taki…
– Stój, stój, stój!
– A przepraszam…Twoje zdrowie!
– Jutro!
– Haszyszu se popalisz…wiesz…noże kupisz ładne. Ja ci radzę: Casablanca! Syto zapłacę…jest taki…
– Jutro!
– Masz racje. Odpocznij. Idź może do…albo może nie idź! Ona źle na ciebie działa…Ta głupia pinda wierzy w wojnę światową…
– Ostatnio mi powiedziała: „ateista”.
– Oo! Ale „atenista” po wiejskiemu?
– Nie! Właśnie nie: „ateista”, hoch-deutch-em, po polsku…rozumiesz?
– Krowa!
– Pizda jakich wiele. Nie mogę na nią patrzeć.
– Podobno masz z nią syna?
– Podobno…to moja matka była Polką!
– Ahh…Dymitr, Dymitr…gdybyś ty…
– Gdybym ja co?!
– Jedź do Casablanca’i! Jutro! I dziękuję ci za tą flądrę na Parkstraβe. Niby Żyd, niby mieliśmy Geschaft razem, a to…
– Polak!
– Tak i do tego jakiś taki ruski…wiesz?
– Twoje zdrowie!
– Nie daj się zabić!
– Za tysiąc marek płatnych z góry dam.
– Kto ci w dzisiejszych czasach będzie z śmierć płacił z góry?!
– Ateiści!
– Sam jesteś ateista i do tego muzułmanin a twoja matka i ojciec dawno nie żyją.
– Mam nadzieje.
– Bywaj…[trzask zamykanych drzwi, westchnienie starego, zdemoralizowanego Żyda, brzdęk odkładanej na dębowe biurko szklanki]…synu.

Rozdział 4

Amir Al Moh?! Ormianin…Co on sobie myśli, że ja Sherlock, za przeproszeniem Holmes jestem? Przecież tam jest z pół miliona Amirów Al Jakichś i pewnie…chociaż może i rzeczywiście: Ormianin i to Al Jakiś może być tylko jeden. Ci też są ciekawi; Allah contra Chrystus, vis-à-vis Jahwe podejmuje Buddę…Międzynarodowa partia brydża w której płacą biedni – bo chcą coś wygrać, a bogaci przepijają ich zdrowie swoimi pieniędzmi i krwią zainteresowanych. Wielkie uczty i jeszcze bardziej syte w celebracje msze, sumy i (co najważniejsze!) spowiedzi. Swoją drogą jaki to musiał być cwany arystokrata ten cały Chrystus…Jezus, Maria! Kurwa Mać!

– Kahula dla tego pana!
– Dziękuję.
– Pan mi nie wygląda na Niemca…
– Ja jestem Bułgar; Alexander Stjepanowicz Lukachescu.
– Uszanowanie! Ja też Stjepanowicz ale Marian. Marian Dąb.
– Słuszne nazwisko.
– Bo mam słuszną profesję…
– …acha.
– Szukam pracy.
– Od Jana z tych Janów?
– Tak.
– Ile?
– Mi już zapłacono, ja to robie…
– O nie! Patryjota?
– Proszę pana! Ja…ja w to wierzę. Wiem co się mówi. Wiem co pan myśli…
– Nie, nie…nie w tym rzecz. Tacy jak ty są po prostu psychopatami! Wy wierzycie…modlicie się…
– Proszę pana! Ja sobie wypra…
– Dobra synku…stul pysk i słuchaj! Powiedz Schaumannowi, że się starzeje, skoro myśli, że nie odróżnię patryjoty od uczciwego złodzieja; Jana z tych Janów i…
– Ha!
– Co ha?!
– Patrzcie chłopaki! Dymitr, Alexij, Bułgar o rumuńskim nazwisku, cygańskim sprycie, żydowskim liczydle i amerykańskim garniturze paszportów myślał, że ja: Tomasz Zauski, Jan z tych Janów i szewc z tych szewców jestem patryjotą!
– Ha, Ha!
– Tak…widzisz?…Pij!
– Wódka?!
– A co?!
– Nie piję!
– Kahula dla tego pana!
– Ja płacę!
– …2 ruble dziennie i masz Schaumanna pod kontrolą moich braci…
– [z głębi, grupnie, dziko ale wyraziście silno] Hurra!
– …ale mnie na karku, a ja szukam dokładnie tego co ty.
– Czego?
– Śmierci!
– Dobrze. Lubię cię…szczerze…biorę, biorę. 2 ruble dziennie? Warto. Pijesz?
– Cały czas.
– Dobrze. Nóż, pistolet…wszystko…wiesz…zakrwawione?
– W życiu! Tylko siekiera! Cały czas…
– [z oddali] Hurra!
– Nic?!
– No wiesz…jak każdy…Jan z Janów i szewc z tych szewców grywałem czasem tu i tam z arystokratami ale…to nie to. Dla mnie tylko siekiera, żebym czuł ten grzmot…
– [blisko] Hurra!
– …ten gruchot kości biedaka jak ja! Nie zabijam gnid ale tylko uczciwych zbirów. Bo my…
– O! już my?!
– My, Dymitr, Alex…i chuj wie…
– …a wiem!
– …kto jeszcze. Szukamy tylko jednego.
– Lej mi wodki!
– Smierci!
– […] Hurra!

*

– Jak mam cię wołać?
– Jak chcesz.
– No tak…
– Misja jest prosta; musimy znaleźć Ormianina…Al Jakiegoś…zresztą…
– No właśnie.
– Oj Jany z Janów i szewce z tych szewców…jak ja was!
– Szwab.
– Pardon.
– Zabić?
– Jak chcesz…ale wiesz…spokojnie…sza!
– Przecież nic nie mówie!
– Wiem. Siebie uciszam…
– Dymitr! Ty stary, dziwny…ty jesteś jak my!
– Ja nie kocham swojej matki.
– Bo ty jej, kurwa, nie znasz!
– A ty znasz?
– Ja znam!
– Bo…
– …bo wszyscy ją znają…tak.
– Pardon.
– Dlatego szukam tylko…
– Sza! Sza młokosie! Nie myśl! Nie pij! Ucz się! To jest wojna! Światowa durniu! Twoja matka jest uczciwą, dobrą kobietą! A ty masz dobre serce! Schaumann też i nawet jebany Car też.
– Czy ty?!
– Nie…Po prostu patrz, ucz się i słuchaj!
– Przecież…
– Sza! To nie my wybraliśmy nasz podły los …arystokratów. To nie my musimy… to znaczy chcemy…
– …
– Sza! To nie my się o cokolwiek prosiliśmy! Ile miałeś lat gdy zakwitła pierwsza krew?! Osiem, dziewięć?
– Jedenaście.
– No właśnie! My możemy tak na serio…
– …żyć tak jak oni?
– …
– Jeść tak jak oni? Łapczywie i nie swoje? Ja jestem Jan z tych Janów i szewc z tych (a nie innych!) szewców. Moja matka była kurwą a ja ją kocham jak moją siekierę i nawet ty Dymitr…
– Sza!
– …nawet ty Dymitr…
– Wybacz! Pardon. Nie musisz tego mówić.
– …
– I nie krzycz! Zachowuj się! Idziemy do burdelu nie na kurwy…sza!

Rozdział 5

– Czołem Jurek!
– O! Witaj druhu! Gdzie tym razem?
– Dwa do Berlina.
– To będzie…
– Reszty nie trzeba.
– Czemu?
– Żeby reszta nie wiedziała gdzie jadę.
– Viel Dank!
– Co tam u kolejarzy? Po nowemu jak wszędzie?
– Halt! Mnie, jak wiesz, reszta interesuje i to bardzo. Chodź…tam pogadamy sobie…jak kiedyś…
– Zmieniłeś się przyjacielu; spoważniałeś…
– Ach…Die Bahn, verstehst du?
– A idee?
– Szykuje się wielka rzecz…robotnicza…
– Można na tym zarobić?
– Kulkę w łeb.
– O tym mówię.
– Ach…Dzieci, dorośli wszystko będzie równe!
– Marzenia.
– Marzenia to byłe w osiemdziesiątym trzecim. Teraz będzie walka! Będą szubienice, egzekucje i konfiskaty…Alles weg! Alles für uns – robotników!
– Jurek!
– Ja się nie cofnę!
– Szanuję. Twoje zdrowie!
– Pijesz?! Z rana!
– Nie. Tak mi się wymsknęło. Wieczorem wypije twoje zdrowie.
– 11:24 Abfahrt…
– Gdzie jadę?
– Do Leipzig. Aluś! Mi nie ufasz?!
-…Widzisz; starzeję się…
– Ruszymy na kamienice to odmłodniejesz!
– Co Bóg da.
– Czuwaj!

*

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s