lustro

Pałac Zmartwychwstałych Mimoz, (2012)

Akt  1 “Lustro”

 

Akt  1 “Lustro”

*

– Herbatki?

– A może coś mocniejszego?

– A słyszeliście bracia historię Edith Piaf[1]?

– Wszyscy ją słyszeli – odpowiedział chór dusz.

– Ale z chęcią posłuchamy jeszcze raz…- zachęcająco rzuciła gospodyni.

– Tak! Opowiedz nam historię Edith Piaf jeszcze raz! – Zagrzmiał basem mocno już wstawiony papież Grzegorz VII[2]. – Niech mówi nasz nowy przyjaciel. Czasu mamy nieskończoność.

– Otóż błąkam się po tej obcej mi i nieznanej krainie… od jakiegoś… przepraszam za wyrażenie, czasu i nad ranem, kiedy ptaki już zaczynają świergotać spotykam ją błąkającą się po polu. Czasami zamienimy słowo lub dwa.  Ostatnio udało mi się ją jednak zatrzymać na dłużej. Zaprosiłem ją na kawę, która zjawiła się nie wiadomo skąd i jak, i….

– Zamieniamy się w słuch…- znudzonym tonem rzuciła, nienawidząca szalonej Edith Koko Chanel[3].

– Otóż jak już mówiłem, albo raczej miałem powiedzieć a pani to tak to zgrabnie pomyślała, że aż poczułem się jakbym to usłyszał, ta wyśmienita piosenkarka i piękna, zachwycająca wręcz kobieta sprawiała wrażenie odrobinę szalonej. Nie to jest jednak istotne. Jej historia! Tak niezwykła i bajkowa, że usłyszeć ją, albo raczej wyobrazić sobie mogą chyba tylko państwo… Po śmierci wyobraźcie sobie moi towarzysze Edith zapragnęła na nowo nawrócić świętego Piotra[4].

– Był tu, opowiadał, nie udało jej się…

– Otóż racja. Piotr stracił wiarę jaką zadziwiał na Ziemi lecz nie można powiedzieć. Przynajmniej mi tego nijak stwierdzić z całą stanowczością, ze spotkanie z nią nie zrobiło na nim wrażenia. Nasz święty całymi dniami słuchał, modłów, spowiedzi, religijnych śpiewów, wreszcie bluźnierstw i świadectw ostatecznej rozpaczy gwiazdy paryskiej estrady. Nie wzruszony nie odzywał się słowem całymi miesiącami by w reszcie, również bez słowa, powoli i z rozmysłem wstał, objął jej głowę swymi silnymi rybackimi dłońmi i najzwyczajniej w świecie opluł! Opluł ją a potem roześmiał się rubasznie i poszedł by nigdy nie wrócić! Czy tak czyni klucznik Bram Niebieskich! Czy to był symbol? Chrzest? Od tego wydarzenia biedna Edith krąży po polach, lasach i pastwiskach i jak sami zauważyliście… oszalała!

– Tak smutna historia. Niestety przyjacielu znamy ją aż nadto dobrze i również jak ty zastanawiamy się jak człowiek niemal, i co warte podkreślenia – niemal, święty mógł tak nisko się zniżyć by pluć na estradową panienkę… – Grzegorz VII był niepocieszony.

– Ateista. Ateista pierdolony jakich tutaj nie brakuje! – Marks jak zwykle cięty na klerykałów z sadystyczną wręcz wytrwałością wyzywający ich od ateistów gotował się ze wzburzenia.

– To był symbol! – broniła założyciela Kościoła Eliza Orzeszkowa[5].

– Gówno nie symbol. Wkurwił się i nie zdzierżył. Na wojnie tak jest! – Hemingway miał już dawno ugruntowane zdanie na ten temat.

– Dopóki sami z nim na ten temat nie porozmawiamy sprawę uważam za otwartą. My, szczególnie my, powinniśmy być dalecy od jakiegokolwiek stanowczego poglądu na tę sprawę. Uważam ją za niesmaczną i wręcz humorystyczną, pomijając niewątpliwie smutny skutek. A może to jej właśnie było potrzebne. Ja nie mam zdania choć proponuję wznieść toast: Za ślinę świętego Pitera! Kto pije ze mną? – łagodził wzburzony ton konwersacji Picasso[6].

– Wznieśmy toast i zamknijmy tą sprawę! Napij się z nami przybyszu. Jak ci na imię skąd jesteś?

– Dziękuję. Mam na imię Remejesz Kali i swego czasu byłem szklarzem, a raczej lustrownikiem. Lustra to moja pasja . To w nich tak naprawdę widać moim zdaniem prawdziwe obliczę duszy człowieka.

– Mamy tu lustro. Jest stare, zakurzone ale jeżeli chcesz… jeżeli sprawi ci to przyjemność możesz je naprawić. Czekaliśmy na szklarza tu od dawna. Witaj Remejeszu, posil się, ogrzej a gdy tylko poczujesz ochotę do pracy daj mi znać, a pokarzę ci jedno z najpiękniejszych luster jakie widziałeś. Jestem o tym pewna. – zapraszająco skwitowała Mona Liza.

– Z chęcią. Z wielką chęcią. Dziękuję ci dobra pani. Jak tylko odtajam zabiorę się do pracy.

**     

Godziny płynęły, karty ruszyły w tany, anyżówka lała się małymi jak naparstek kieliszkami. Chopin znudzony brakiem zachwytów zwolnił miejsce przy fortepianie Lennonowi a Michał Anioł[7], jak to miał w zwyczaju, walił bez celu na dziedzińcu młotem pneumatycznym rzeźbiąc w żel-betonie posąg najdoskonalszej Piety[8] wszechczasów. Goście zapomnieli o szalonej Edith. Remejesz zdał sobie sprawę, że praca nie zając i może jeszcze chwilkę zaczekać. Tym bardziej, że spotkanie było w krainie umarłych rzadkością godnym upajania się nim.

– Lubisz poezję? – Nieśmiało zagadnął przybysza Norwid.

– Owszem. Byle rymowaną. Męczą mnie te smutne a’la Różewiczowskie[9] wolne wiersze. Brak mi w nich melodii i polotu.

– I tu się z panem zgodzę! – uśmiechną się uroczo wieszcz narodowy. Byle nie przesadzić z formą przysłaniającą sens jak zdarzało się Przybosiowi[10]… jeżeli rozumie pan co mam na myśli.

– Niestety nie. Nie jestem zbyt dobrze obznajomiony z poezja. Powiedziałbym, ze znam mainstream a mniej znanych poetów raczej pomijam lub nie rozumiem.

– Ja nigdy nie byłem zbyt znany… co innego Adam. – ze smutkiem skrzywił Cyprian.

– Za to po śmierci…

– A po śmierci… Po śmierci nie ma nic! Liczy się życie panie. Tylko życie! Po śmierci nic nie ma znaczenia.

– Poezja również?

– W pewnym sensie tak. Gdyż chwile są tak to siebie podobne, że ich uchwycenie traci magię odkrywania czegoś nowego. Młodość, starość, miłość, strata, śmierć – tematy, bolączki życia tu są tylko… wspomnieniem. Brak w nich nowości. Ja znam te tematy. Nie znam natomiast popularności a zawsze o niej marzyłem. Nigdy już nie będzie mi dane jej zaznać!

– Ależ daj pan spokój! Przecież pan jest symbolem. Ulice w całym kraju są nazywane pana imieniem a dzieci w szkole na lekcjach polskiego uczą się na pamięć pana twórczości! Organizowane są konkursy poświęcone pana wierszom. Pan chyba naprawdę nie wie co się dzieje?!

– Tak… ale jednak po śmierci to nie to samo. – Nie dał się przekonać Cyprian Kamil Norwid.

***

– Jak leci? Może joincika? – Przysiadł się, w towarzystwie dwóch zielonookich, hebanowych murzynek, Lennon[11].

– Witaj John! Zawsze chciałem cię poznać! Właściwie to mam coś lepszego. Może szpryce? Mam najlepszy towar. Właściwie to z nim przeszedłem przez bramy śmierci… Strzelimy sobie po małym zastrzyczku?

– Jasne. Zawsze. Jak widzisz kocham  browna.

– Bądź moim gościem. Będę twoim sanitariuszem. Czyń honory!

Konwersacja urwała się na parę dłuższych momentów. Remejesz wrócił na pola, znów krążył o poranku samotnie. Rozmawiał z odbiciem widzianym w lustrze mijanych kałuż. Na horyzoncie mignęła mu niedostępna Edith Piaf, lecz nie był w stanie odezwać się do niej ani słowem. Zasłuchał się w śpiew budzących się do życia szarych paryskich gołębi… I nagle znalazł się znów przy filiżance gorącej kawy, która pojawiała się, jak zawsze nie wiadomo skąd i kiedy.

Jak pięknie pachnie! Pomyślał.  Odzyskał swobodę ruchów i zapragną podzielić się swymi wrażeniami z kimkolwiek. Lecz, jak już była o tym mowa, w królestwie umarłych spotkanie jest rzadkością, którym trzeba się delektować.

-Remejeszu! Remejeszu! Zapraszamy na śniadanie. Leo przygotował pyszne naleśniki z marmoladą brzoskwiniową. Niech pan wstanie wreszcie bo musimy nakryć do stołu! – Mona Liza z nieodstępną łasiczką na piersi była czarująca.

– Wiec znów tu jestem?

– Wszyscy tu jesteśmy. Tak już będzie zawsze. Zawsze Remejeszu. Czas do pracy! Ale dopiero po śniadaniu. Pan musi coś zjeść! Źle pan wygląda.

– Owszem. Dziękuję. Naprawdę dziękuję. Czuję się zaszczycony.

****

– Wiec tak wygląda to lustro… Jest… jest… piękne. Nigdy w życiu nie widziałem nic równie niezwykłego. Ile liczy lat?

– Ciężko powiedzieć. Może rok, może tysiąc. Dokładnie nie wiem jak się tutaj znalazło. Najprawdopodobniej czekało tu na pana od zawsze.

– Więc to jest praca mojego życia?

– Albo i śmierci – melancholijnie odparła gospodyni Pałacu Zmartwychwstałych Mimoz.

– Albo i śmierci – zgodził się Remejesz. – Nie pozostaje mi zatem nic innego jak zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Są tu moje narzędzia?

– Oczywiście. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nikt nie będzie pana niepokoił aż do zmierzchu kiedy to spotykamy się w salonie i z niecierpliwością czekamy na nowego gościa. Może tym razem Piotr zawita, albo biedna Edytka? Kto wie? Kto wie? To zawsze wielka niespodzianka.

– Będę jak zgłodnieję. Na razie ręce palą mi się do pracy. Przepraszam panią ale muszę przyjrzeć się temu dziełu z bliska.

– Oczywiście.

– Najlepiej w samotności jeżeli to pani nie przeszkadza…

– Ależ w zupełności i tak już się zasiedziałam. Do widzenia.

Remejesz usiadł na małym stołeczku i z uczuciem podniecenia i zachwytu jeszcze raz przyjrzał się ogromnej, liczącej siedem metrów szerokości i trzy wysokości srebrno-matowej tafli. Piękny okaz! Jak doskonale załamuje się z nim światło! Jak niepokojąco odbijają się w nim refleksy i cienie! Cudo! Ale od czego zacząć. Lustro nie ma żadnych defektów. Właściwie wymaga tylko odczyszczenia, odkurzenia i wypolerowania. Wezmę moje najlepsze szmatki i szczotki i najdalej w parę godzin powinienem skończyć. Jaka piękna nagroda po tych wszystkich trudach!

*****

– Kaczmareczko malowana! Nalej no do puchara! Hej!

– Jakie śłodkiśne czerwone liczka! Łojciec dostaw no stołki do stoła! Sam tu nie jestem ale ze zbójnicką moją rodziną kraśną! Hej.

-Janek! Jesteś wreszcie. Pokaż się no synu mój kochany! – Mona Liza była wniebowzięta. – Skąd idziesz?

– Z Krywania[12]. Cztery nocki po halach za łowieczkami goniliśmy. Zdrożeni do pioruna jesteśmy. Dawaj matko śliwowice, Hańke i skrzypeczki. Będziemy dzisiaj tańcowali. Hej!

Polała się wódka, wina nie zabrakło. Zbójnicy się popili i rozpalonymi oczami łowili co kraśniejsze sikorki. A było tego dnia w Pałacu Zmartwychwstałych Mimoz na co popatrzeć. Oj było! Muzyka głośna i skoczna. Opary machorki mieszały się z delikatną wonią opium i kokainy. Stół wywędrował na zaplecze. Szklanki tłukły się dziesiątkami. Po kątach obscenicznie całowały się nowe i stare pary a czasem i trójkąty. Romeo wyznał po raz sześćsetny zwoją miłość Juli[13] i otruł się jak zwykle. Julia zaś tym razem nie podążyła za swoim wybrańcem, gdyż górale tak pięknie grali, że żal opuszczać było taką imprezę.

– Hej życie moje kochane! I po śmierci do mnie wrócisz! – krzyknął mocno rozweselony Janosik[14].

– Cyganów dajcie do akordeonu! Cyganie piknie grajcie!  Cyganeczki tańcujcie! – zawtórował mu jego ojciec.

– Byle samiutkiemu na szlaku nie zostać. Hej!

– Oj będziemy dzisiaj synku panny pod stołami rąbać, jak drwa na zimę! Oj będą wióry lecieć! Hej! Synusiu mam już przeszło trzy setki latek, a jak Tatry nasze kochane opuściłem liczyłem dziewięćdziesiąt siedem wiosen i powiem ci, że jak Boga kochanego z Jezuskiem jego maleńkimi i Panienką Świętom kocham – tak żem do śmierci sikoreczki chędożył!

– Tak jest łojciec!  Nawet hrabiankę żeś swego czasu ładnie do ściany przycisnął.   

– Mamusie? Ty o matce złego słowa nie godoj! Ale jej tu nie ma i nie będzie. Za niskie progi by z chamami pospołu w barłogu śliwowice szklankami do gardła wylewać!

******

Tymczasem Remejesz pracował nad swoim lustrem. Nie pojawił się na podwieczorku, ani na kolacji. Ominą partyjkę kanasty i ciasto porzeczkowe Leonarda da Vinci. Siedział na swoim stołeczku i systematycznie centymetr po centymetrze czyścił, polerował i nabłyszczał wielką szklaną taflę. Co jakiś czas robił sobie krótkie przerwy by wypalić papierosa i przyjrzeć się z oddali paru kroków efektom swojej pracy oraz swojej posępnej i wychudzonej postaci.

Więc tak już będę wyglądał zawsze? Dziwne. Zawsze czułem się odrobinę radośniejszy i raczej szerszy w barach? A może gdyby odrobinę nagiąć to lustro i zmienić ogniskowanie wyglądał bym lepiej? Hm… skoro to ma być praca mojego życia, a nawet śmierci to nie może ograniczyć się tylko do wyczyszczenia. Podgrzeję je odrobinę w tym pobliskim piecu i nagnę na odpowiednio do tego przygotowanym rusztowaniu.

Jak pomyślał tak zrobił. Wybudował lekko pochyloną drewnianą rampę i wygiął pod odpowiednim kontem taflę szkła.

No teraz od razu lepiej! Przejrzał się sobie jeszcze raz i czuł wyraźną satysfakcję, pomieszaną z lekkim zdziwieniem czy nawet rozczarowaniem. Więc to tyle? Jeden dzień pracy? Trudno. Może jutro przerobię inne lustro. Właściwie to zgłodniałem i z chęcią zobaczyłbym, co tam słychać u innych gości. Miałem pojawić się na kolacji a to już środek nocy. Ciekawe czy już śpią?

Z tą myślą Remejesz przeszedł się do salonu, gdzie zebrane towarzystwo było jak najdalsze od myśli o jakimkolwiek śnie.

– Biba!

– Tak biba.- odparł mu oparty o ścianę Bob Marley[15]  – Masz jeszcze tej twojej heroinki o której śpiewał John? Z chęcią bym spróbował…

– Jasne! Ale ja dzisiaj podziękuję. Najpierw coś zjem, może napiję się kieliszek wina. Strasznie piękne kobiety dzisiaj się tu pojawiły. Jakie młode! Soczyste! Spocone i zmysłowe! Chyba wciągnę sobie jeszcze kreseczkę,  ale ty bracie oczywiście częstuj się jak masz ochotę.

– Thanks dude. Ja już mam dość. Nasłuchałem się tej góralskiej muzyki i potrzebuję się uspokoić. Sam dobrze mnie chyba rozumiesz?

– Oczywiście! Śpij i podróżuj Bob! Ja lecę dalej.

Nasz szklarz zjadł wyśmienitą kartkóweczkę z ziemniakami i buraczkami. Popił kwasem chlebowym i szklaneczką wódki po której rozochocił się na dziewczynki. Ach jak pięknie! Jak dobrze! Jak wesoło! Ale jak ja wyglądam? Wciąż jestem taki mały i ponury? Która zechce takiego dziada jak ja? Muszę się przejrzeć w jakimś lustrze…

– Kochani, kochani zobaczcie na to!

-Rewelacja!

– Zdumiewające!

 -Vivat, vivat! Niech żyje!

– Co się stało? – stropowany nagłą przerwą w muzyce i powszechnym zachwytem nad nie wiadomo czym Remejesz zaczął rozglądać się za odpowiedzią, lecz w powszechnym zgiełku jego pytań nikt nie dosłyszał.

– Kto to zrobił?

– Kto jest tym mistrzem? Rzemieślnikiem-artystą, równym w swej sztuce niemal samemu Michałowi Aniołowi?

– Jak to kto?! – głos zabrała Mona Liza – oczywiście, że on – i tu wskazała palcem na zdezorientowanego Remejesza Kali – nasz wczorajszy przybysz… maestro Kali!

– Wiesz… – Koko Chanel oglądała się ze wszystkich stron – mi się to lustro nie podoba…

– Lustro?

– Tak mistrzu. Twoje lustro zostało przeniesione z pracowni do salonu, byśmy wszyscy mogli się w nim wspólnie przejrzeć. Czyż nie o to ci chodziło? – lekko skonfundował się nawąchany popersem Andy Warchol[16].

– A więc tak. Wiec tak wyglądam? – przyjrzał się sobie twórca zwierciadła. – Podoba mi się! Jestem bardzo przystojny! Bardzo. Gdzie te panienki?

– Ach przestań pan! Wszystkich nas pogrubia! Roża Luksemburg[17] przyłączyła się do grona niezadowolonych. Moim zdaniem to lustro wszystkich tylko oszpeca a pan ośmielił sobie zrobić z nas wszystkich jakiś nieziemski żart! Kawał po prostu. Pan nie jest żaden mistrz, pan klaun jest po prostu! Tani kuglarz z cyrku i nic to po panu i pana lustrze!

– Tak jest. Zbijmy to paskudztwo w pizdu. Hej! I  się ono, kraśniutko na tysiące kawałecków rozpizdzieli! Dawajcie chłopy po ciupadze i drobny mak! Poszły konie po betonie! Wiara!

I tak ku rozpaczy Picassa, Daliego[18], Norwida i reszty chudzielców i przy milczącej konsternacji osłupiałego jak słup soli Remejesza wrzeszcząca, naćpana i spocona grupa rzuciła się na najpiękniejsze weneckie lustro wszechczasów z ciupagami, laskami, parasolkami i stołkami. Kawałek po kawałku rozbili kruchą taflę szkła.

– Viva la revolution! – zawył Hemingway.

– Milcz prostaku. Motłoch, motłoch i jeszcze raz motłoch! – ripostował mu Bułhakow[19].

Remejesz nie oglądał tej sceny do końca. Zawróciło mu się w głowie, stracił przytomność i upadł na rozpalony biust podtrzymującej go Marilyn Monroe[20].

– Dla mnie i tak będziesz wielkim maestro – szepnęła mu do ucha. – Chodź do mnie. Napijemy się wiśnióweczki. To cię wzmocni… 

*******

– Więc powiedz mi Marilyn…

– Nie mów tak do mnie kochany! To tylko pseudonim, którego nigdy nie lubiłam. Mam na imię Norma; Norma Jeane Baker. Miło mi Remejeszu Kali!

– Witaj! A zatem Normo, powiedz jak to było z tym Kennedym[21]? Rzeczywiście się z nim przespałaś?

– Nie przypominam sobie. A co on tam zboczuch jeden opowiadał swoim kolegom to już nie moja sprawa. Prawda jest taka, ze wiele faktów z mojego życia zatarło mi się w pamięci. Czasami już do końca nie wiem co było filmem a co rzeczywistością. Nawet już imienia mojego nikt nie pamięta tylko ciągle ta Marilyn i Marilyn. A może ja nie byłam nigdy Normą tylko już urodziłam się Marilyn a potem to wszystko przekręcili dziennikarze, że niby sobie zmieniłam. Kto to wie? Ja nie. A John był taki przystojny i taki zaaferowany tą swoja pracą. Polityka i polityka. Nigdy nie miał dla mnie czasu. I ciągle się śmiał, jakby życie rzeczywiście było jakimś kawałem i ułudą. To mi się w tobie podoba Remejeszu, że ty jesteś taki poważny i stanowczy. A to co zrobili ci górale to jest po prostu barbarzyństwo! Takie piękne było to lustro i tyle pracy w nie włożyłeś. Jak mogli!

– Eh… Było minęło. Tak dużo roboty to też mnie to nie kosztowało. Troszkę czyszczenia i to wszystko…

– Aj już przestań to było wyjątkowe dzieło od razu jak tylko je wnieśli byłam przekonana, że zostało wykonane twoją szlachetną i delikatną ręką. Od razu!

 – Może zrobię je na nowo…

– Na nowo! Ale jak?

– Zostało na pewno wiele odłamków, pozbieram je jak już wszyscy zasną i porobię mniejsze lusterka, może kieszonkowe…

– Phi! Kieszonkowe! Ależ ono miało siedem metrów szerokości i trzy wysokości! To już nie będzie to samo. W nim mogliśmy się przejrzeć sobie nawzajem wszyscy. Wszyscy razem! W tym było coś pięknego i oczyszczającego. A ty na tle nas takich grubych i nieatrakcyjnych wyglądałeś wyśmienicie! Dlatego ta zołza Koko Chanel tak ci dopiekła. To wszystko jej wina!

– Wiesz. Może zrobię coś innego. Może polepię z odłamków jedna wielką mozaikę. A każdy jej element będzie przeznaczony tylko dla jednej osoby i obliczony tak by podobał się właśnie tej osobie. Ale mimo to, całość będzie przedstawiała nas wszystkich. Każdy troszeczkę inny, troszkę większy lub mniejszy bądź zmieniony, ale razem tworzyć będziemy piękny, żywy, ruchomy i dynamiczny obraz! Co o tym myślisz?

– Myślę, że to wymaga bardzo dużo pracy.

– Mam czas. Mam kupę czasu! Mam czasu nieskończenie wiele i to będę robił! To będzie dzieło mojego życia. W moim lustrze ty będziesz miała naturalne czarne włosy a Bachus[22] będzie jeszcze młodym i niewinnym dzieckiem. Trocki[23] będzie silny i postawny, a Stalin[24] romantyczny i uduchowiony! Tak zrobię! I obiecuje ci kochana Normo, że gdy przejrzy się w tym lustrze święty Piotr i piękna Edith Piaf to nawet oni dostrzega na nowo potęgę Boga i uwierzą. Zobaczą  jak on nas doskonale stworzył byśmy razem mogli się sobą nawzajem cieszyć…

– I kiedy skończysz?

– Nigdy! Wciąż będę dolepiał nowe odłamki i lepił z niej układankę która nigdy nie przestanie się zmieniać, ewoluować i na nowo mienić każdym promieniem światła jakie do niego doleci. Źle powiedziałem: to nie będzie dzieło mojego życia. To będzie dzieło mojej i naszej nieskończoności!          


[1] Édith Piaf, właściwie Édith Giovanna Gassion (1915-1963). Pieśniarka francuska.

[2] Grzegorz VII zwany też Odkupicielem, brat Hildebrand (1015-1085). święty Kościoła katolickiego, papież w latach 1073-1085.

[3] Coco Chanel, właściwie Gabrielle Bonheur Chanel (1883-1971). Francuska projektantka mody, od 1915 roku rewolucjonizowała damską modę, lansując ubrania o prostych sportowych fasonach oraz pozbawione ozdób krótkie suknie, stając się na sześć dziesięcioleci ikoną paryskiej haute couture.

[4] Piotr Apostoł, Szymon Piotr, uważany przez Kościół katolicki za pierwszego papieża (pontyfikat 33-64), męczennik chrześcijański, święty Kościoła katolickiego i prawosławnego.

[5] Eliza Orzeszkowa, z domu Korwin-Pawłowska, występująca również pod nazwiskiem Nahorska(1841-1910). Polska pisarka epoki pozytywizmu.

[6] Pablo Ruiz Picasso właściwie Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno María de los Remedios Cipriano de la Santísima Trinidad Ruiz y Picasso (1881-1973). Hiszpański malarz, rzeźbiarz, grafik i ceramik. On i Georges Braque są twórcami nurtu malarstwa zwanego kubizmem.

[7] Michelangelo Buonarroti (1475-1564). Włoski malarz, rzeźbiarz, poeta i architekt epoki Odrodzenia.

[8] Pietà to w sztukach plastycznych przedstawienie Matki Boskiej trzymającej na kolanach martwego Chrystusa.

[9] Tadeusz Różewicz (1921-…) – Polski poeta, dramaturg, prozaik i scenarzysta.

[10] Julian Przyboś (1901-1970). Polski poeta, eseista i tłumacz.

[11] John Winston Ono Lennon (1940-1980). Brytyjski muzyk, kompozytor, wokalista i autor tekstów, jeden z Beatlesów.

[12] Krywań (2494 m n.p.m.). Szczyt w południowo-zachodniej części Tatr Wysokich.

[13] Romeo i Julia – dramat angielskiego pisarza Williama Szekspira napisany we wczesnym stadium jego kariery. Przedstawia historię tragicznej miłości dwojga młodych ludzi, którzy stali się wzorcami romantycznych kochanków. Rzecz dzieje się w Weronie i Mantui.

[14] Juraj Jánošík (1688-1713).Karpacki zbójnik, słowacki bohater narodowy, bohater polskich podań.

[15] Robert Nesta “Bob” Marley (1945-1981). Jamajski muzyk, wokalista, kompozytor, autor tekstów, który rozpropagował muzyczny styl reggae inspirując się gatunkiem ska, związany z ruchem Rastafari.

[16] Andrew Andy Warhol (1928-1987). Wszechstronny artysta, przedstawiciel pop-artu.

[17] Róża Luksemburg, właściwie Rozalia Luxenburg (1871-1919). Działaczka i ideolog polskiego i niemieckiego ruchu robotniczego.

[18] Salvador Dalí, właściwie Salvador Domènec Felip Jacint Dalí i Domènech, marquès de Dalí de Púbol (1904-1989). Hiszpański malarz, surrealista.

[19] Michaił Afanasjewicz Bułhakow (1891-1940). Rosyjski pisarz.

[20]Marilyn Monroe, właściwie Norma Jeane Mortenson, Norma Jeane Baker (1926-1962). Amerykańska modelka i aktorka filmowa, gwiazda filmowa, legenda światowego kina lat 50. i 60. XX w., uznawana za ikonę seksu..

[21] John Fitzgerald Kennedy (1917-1963). 35. prezydent Stanów Zjednoczonych, zginął w zamachu.

[22] Dionizos (także Bakchos, Bachus, Bacchus) – w mitologii greckiej bóg dzikiej natury, winnej latorośli i wina, reprezentujący nie tylko jego upajający wpływ, ale także ten dobroczynny. Był też bogiem życia i śmierci. Syn Zeusa i śmiertelnej kobiety Semele.

[23] Lew Dawidowicz Trocki, właściwie Lew Dawidowicz Bronstein (1879-1940). Rewolucjonista rosyjski, jeden z twórców i przywódców RFSRR i ZSRR.

[24] Józef Stalin, właściwie Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, (1878-1953) – radziecki polityk pochodzenia gruzińskiego, formalnie pełniący obieralne, kadencyjne funkcje sekretarza generalnego KPZR i jej poprzedniczek oraz premiera ZSRR, a faktycznie dożywotni dyktator Związku Radzieckiego.

 

 

 

Pałac Zmartwychwstałych Mimoz

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s