(2011) romans

Wstęp

Postanowiłem napisać książkę o miłości. Romansy dobrze się sprzedają a zatem istnieje ciemniejszy cień szansy, że ktoś ją wyda. Właściwie tytuł powinien brzmieć „Komercyjny romans”, ale zdecydowałem się rozszerzyć target o „niezależnych undergroundowców”. Niestety, amatorzy ambitnej sztuki mogą w tym momencie odłożyć tę książkę na półeczkę, bo jest to wstęp do lekkiej historyjki o miłości z wesołym zakończeniem i bez ciężkich egzystencjalnych problemów.

Jako autor Romansu wykorzystam jego wstęp do zaspokojenia próżnej megalomani i napisania paru słów o sobie.

Czytelniku! Czytasz teraz słowa typowego artysty XXI wieku. Co to znaczy? Generalnie bycie artystą (poza obowiązkowym uzależnieniem od nikotyny i ubioru rodem z lumpeksu) sprowadza się do braku jakiegokolwiek zawodu, a co za tym idzie pieniędzy. Ktokolwiek ma talent, lub fach jest grafikiem, filmowcem, reżyserem czy malarzem. Cała reszta nierobów jest po prostu artystami.

Artyści jak śpiewał Kazik to prostytutki: „Jedni są lepsi a inni są gorsi, a lepsi są drożsi a gorsi są tańsi…”. Ja niestety jestem wyjątkowo brzydką ulicznicą bo dwadzieścia sześć lat moich „aktów twórczych” jest udostępniona za darmo w sieci a i tak mało kto chce je oglądać. Cóż… nie pozostaje mi nic innego jak zmierzyć się z mainstreamem i napisać popularny romans, do przeczytania którego gorąco Ciebie Czytelniku zapraszam.

Rozdział 1

Nasz przyszły szczęśliwie zakochany nie jest artystą (ma pracę), ale programistą. Jego typowy dzień zaczyna się od pobudki o dziewiątej, drzemki do dziesiątej i śniadania w tramwaju (mieszka we Wrocławiu). W pracy siedzi kilka godzin na facebooku i demotywatorach, przerywając to klepaniem kodu i administrowanie paru prywatnych stron www.

Po pracy jedzie spotkać się z dealerem, który jest jego najlepszym kumplem, gra w ulubione stare gierki (PES 1998, Metal Gear Solid, Diablo) i testuje nowe na wszystkich swoich sześciu konsolach. Zwykle koło dziesiątej zamawia pizzę lub idzie na spacer po chińczyka i zasypia samotnie na Ezo TV lub którymś z odcinków South Parka.

Nie nadaliśmy jeszcze naszemu bohaterowi imienia, więc dajmy mu Roman. Roman dobrze pasuje do Romans i jest dość obciachowe. Ciężko z takim imieniem znaleźć sobie dziewczynę. Ilekroć komuś się przedstawiasz:

– Cześć, jestem Roman. – Słyszysz:

– Miło mi, Zenobia, Dobrzysława czy Ziuta.

Imię Romana jest jedną z niewielu rzeczy, które zmieniłby w swoim życiu. Generalnie Roman bardzo siebie lubi. Jest mistrzem paru gierek, które katuje od lat. Ceni swoją pracę bo nikt nie truje mu w niej dupy. Kocha muzę której słucha (drum’n’bassu krojonego z gangsta hip-hop i chińskim folkiem), ma paru kumpli na których zawsze może liczyć i właściwie brak mu tylko dziewczyny. Najlepiej takiej jak on. Fanki gierek i gibonów.

Przejdźmy do naszej przyszłej zakochanej. Ania ma przeszło sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i jest modelką. Mieszkała w Mediolanie, Japonii i Paryżu lecz najlepiej czuła się w nowojorskim SOHO. Ćwiczy jogę, uwielbia sushi, Starbucksa i Royskoop. W zeszłym roku była na Open’erze i pierwszy raz w życiu spróbowała LSD.

Generalnie jest grzeczną dziewczynką. W przerwach między zagranicznymi wojażami studiuje zaocznie na Uniwersytecie Wrocławskim socjologię, na święta w rodzinnym Strzegomiu pomaga mamie w wypiekach i gania się z chłopakami z osiedla w Śmingus Dyngus. Jej chłopak to typowy chłopak każdej modelki czyli fotograf. Widują się dość rzadko, bo on mieszka w Warszawie, ale ich związek cementuje wspólny pies Kajtek (labrador).

Na koniec parę danych dla policji: Roman Waligóra: 28 lat, kawaler, oczy niebieskie, syn Grażyny i Tomasza. Anna Kos, lat 23, panna, oczy zielone, córka Marii i Waldemara.

*

Naszych bohaterów spotykamy na początku wrocławskiego maja w bramie jednej z zapuszczonych poniemieckich kamienic przy ulicy Traugutta. Jest słoneczny poranek około dziesiątej. Roman spóźniony, jedząc banana wychodzi, w drzwiach mijając się z ponętną, spoconą blondynką.

– Ładna – pomyślał – muszę znaleźć sobie dupę nareszcie!

– Cześć – odpowiedziała mu na to Anna.

– Hej – odburknął Roman.

Ania zdążyła już do tej pory wyprowadzić psa, pomedytować, sprawdzić porannego facebooka, kupić rzodkiewki, biały ser, jogurt i bułkę na śniadanie oraz pouprawiać jogging.

Tu mała dygresja. Tylko obywatele wszechpolskiej Warszafki uprawiają jogging, jedzą lunche i medytują. Cała reszta śmiertelników po prostu biega, je obiad i myśli. No ale na Warszafkę trzeba mieć wygląd, pieniądze, no i oczywiście I-pod’a.

Roman i Ania minęli się przez chwilkę: on zwrócił uwagę na jej spocone małe piersi, ona zdziwiła się, że w taki upał można chodzić w grubej bluzie z kapturem i baseballówce…

– No ale skoro tak lubi…to pewnie się strasznie spoci. – pomyślała i wróciła do swojego świeżo wynajętego studio. Na marginesie dodam, że ktoś niezorientowany mógłby nazwać to lokum kawalerką, ale popełniłby tym samym niewybaczalne faux pas!

Ania zrobiła sobie kawę, puściła Gorillaz i oddała się lekturze Vogue’a, zapominając o swoim nowo poznanym sąsiedzie, podczas gdy Roman rozmyślał o niej cały dzień.

– Jak ją poderwać? Co robi? Ciekawe czy ma chłopaka? Może to kurwa? Za ładna na taką zwykłą dupeczkę…pewnie to dziwka! Nie! Na pewno nie! Takie to się szanują! Pewnie ma starego bogatego męża i czeka na jego śmierć. Na bank!

Po pracy Roman pojechał do Kluczyka po piątkę haszu na rozpoczynający się tydzień (bo akurat była środa ale poniedziałkowa piątka się wypaliła).

– Co tam ziom?

– Po staremu…. zakochałem się chyba…

– Masz dziecko?

– Nie jeszcze jej nie znam ale mieszka obok. Muszę jakoś podbić do niej sprytnie.

– Zaproś ją na gibona, potem upij i wyruchaj.

– Też tak pomyślałem dlatego wpadłem do ciebie.

– Dobrze Romuś! Dzięki tobie mogę jakoś związać koniec z końcem bo ciężkie czasy nastały w mojej branży wraz z kryzysem. Niestety, ziomie, sto trzydzieści…

– Niech będzie… do zobaczenia tymczasem.

– A co nie wejdziesz na chwilkę. Mam nowe gierki. Czy na Wikipedii sobie jakiś wkrętek poszukamy? Przecież nie masz nic do roboty…

– Mogę na chwilę zostać z godzinkę czy coś.

I tak w siedem godzin i pięć gram haszu później Roman totalnie zjarany wychodzi od Kluczyka, dawno zapomniawszy o swojej miłości, marząc tylko o kebabie i łóżku.

**

Minął tydzień i nasi bohaterowie znowu się spotykają na klatce. Tym razem towarzyszy im wspomniany labrador Kajtek, którego do Wrocławia z Warszawy przywiózł chłopak-fotograf Ani.

– Hej! – powiedział Roman

– Cześć! – odpowiedziała jego miłość – Uważaj! Może chapnąć…

– Bez obawy… znam się na psach. Nic mi nie zrobi. – Męsko odparł bohater.

– Mam nadzieję. – Uśmiechnęła się uroczo na pożegnanie nasza modelka i pognała za rozwydrzonym Kajtkiem.

Tego dnia Roman postanowił wymyślić jakiś pretekst by wprosić się do swojej nowo poznanej sąsiadki. Jako że programiści (szczególnie ci uzależnieni od marihuany) należą do bardzo kreatywnych ludzi, postanowił zagrać „na psa”. – Wejdę, zagaję coś o psie… i jakoś pójdzie – brzmiał plan.

Wieczorem nikogo nie było w studio, więc postanowił wrócić jutro. Następnego dnia rano zaspał a wieczorem zasiedział się u Kluczyka. Dopiero kolejnego udało mu się rozpocząć misję o kryptonimie: „twój uroczy sąsiad który uwielbia twojego psa”.

– Cześć jest… pies?

– Pies?… Jest. Miło mi. Darek. Coś zrobił?

– Nie! Tak tylko wpadłem. Jestem Roman…miło mi – rywale podali sobie dłonie – właściwie to ktoś obsikał mi drzwi, ale to może jakiś żul.

– I co chciałeś go zapytać? – tu obaj zupełnie poważnie spojrzeli na ducha winnego Kajtka.

– Nie! Właściwie to już prawie wyschło. Tak tylko zajrzałem, myślałem, że jest chory czy coś. Może nie umie dotrzymać moczu, bo jest zestresowany. Znam się na psach.

– Acha… Ani nie ma. Będzie wieczorem, to się zapytam. Na razie! – i drzwi zatrzasnęły się przed zdezorientowanym Romanem.

– Dobrze, że tam poszedłem – pomyślał już spokoju swoich czterech ścian – Przynajmniej wiem, że ma chłopaka. Albo brata? Nazywa się Ania. Będzie wieczorem ale ja już tam się nie zbliżę. Nigdy już tam nie pójdę! Ci ludzie mają mnie za psychopatę!

I tu Roman nie był daleko od prawdy. Darek i Ania zgodnie stwierdzili pijąc wino i zajadając sałatkę z ryżu, brokułów i sera mozzarella, że ich sąsiad jest dziwny. Pewnie cierpi na jakąś paranoję albo schizofrenię. Oboje poszli sprawdzić jego drzwi i w ogóle nie śmierdziały. Niestety ich własne były obsikane przez niespornego Kajtka który w jakiś sposób próbował ratować honor i dobre imię Romana.

***

Następnego dnia Roman był wyjątkowo rozeźlony. Napisał parę gniewnych statusów na facebook’u. Wypił ze cztery kawy bez mleka i z nikim nie rozmawiał. Nikt nie zauważył jego złego humoru bo Roman zazwyczaj z nikim nie rozmawiał. Wieczorem nie poszedł do Kluczyka, ale do kina i strasznie się wynudził.

– Bez sensu! Stracone siedemnaście złotych. Jaki sens ma chodzenie do kina samemu?! Muszę znaleźć sobie jakąś dziewczynę!

Wieczorem czekała go jednak miła niespodzianka. Na drzwiach wisiała, napisana uroczym damskim charakterem pisma, żółta, samoprzylepna karteczka: “Przepraszam za psa. Chyba rzeczywiście jest zestresowany. Ania”.

Jak się okazało po oględzinach węchowych tym razem to drzwi z numerem osiem (wrota do azylu Romana) zostały obsikane.

– Uff! Nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć. I przyznała mi rację! Wypas! – Ta krótka notka poprawiła naszemu bohaterowi nastrój bardziej niż wygrany turniej internetowego pokera. Położył się wcześniej spać i nawet umył zęby, co nie zdarza mu się często.

****

Przez ostatnie parę dni Ania nie miała wiele do roboty. Starała się nadrobić zaległości na uczelni, bo sesja zbliżała się dużymi krokami. Wizyta Darka minęła jak zwykle – szybko. W spadku został jej pies, któremu odbijało w kawalerce… tfu! studiu. W krótkim czasie udało mu się zeżreć całkiem nową parę kapci, szlafrok i zdemolować dzieło sztuki konceptualnej – kolaż zdjęć oczu, nad którym nasza bohaterka i zarazem początkująca artystka pracowała od dwóch tygodni.

W przerwach w nauce Ania spotykała się z koleżankami, odbyła parę niezbędnych shopingów w H&M i Empiku i zjadła kilka lunchów z topowymi wrocławskimi dj-ami i fotografami.

Sąsiad z naprzeciwka zaintrygował ją swoją dogłębną znajomością psów. Rzeczywiście nie przyszło jej do głowy, że sikanie w domu to wynik stresu. Postanowiła spędzać więcej czasu z psem i powoli uczyć go sztuki medytacji. Niestety, jednoroczny labrador to wulkan energii i usiedzenie w jednym miejscu na dłużej niż pięć minut jest ponad jego siły. Ania zdała sobie więc sprawę, że potrzebuje kolejnej wskazówki.

– Hej

– O! Cześć! Wejdziesz na chwilę?

– Nie. Mam tylko pytanie o psa…

– Nie nasikał ostatnio. Siki zero. – Roman próbuje być śmieszny i mocno się pręży, bo akurat spodziewał się listonosza i otworzył drzwi w samym ręczniku.

– Nie w tym rzecz. Widzisz powiedziałeś ostatnio Darkowi, że Kajtek jest zestresowany i myślę, że to prawda, bo strasznie szaleje i nie wiem właściwie co robić… Myślałam, że ty może…

– Wiesz, myślę, że wiem o co chodzi. Słuchaj daj mi się ubrać, pójdziemy razem na spacer to dokładnie mu się przyjrzę…- powiedział Roman, myśląc – Jestem geniuszem!

– OK. To co za pięć minut?

– Oki Dołki.- tym razem nasz bohater popisuje się slangiem – Tylko coś na siebie założę i będę ready.

Spacer trwał jakieś dwadzieścia minut i minął w bardzo naukowej atmosferze. Nasi przyszli zakochani rozmawiali głównie o rzeczonym psie i jego problemie związanym ze stresem przeprowadzki.

– O! Robi kupę na trawniku. To dobry omen – rzucił Roman

– Tak. To dobrze. Powinnam sprzątnąć?

– Nie. On musi czuć, że jest sam za siebie odpowiedzialny. Powinien teraz ją zakopać. Bardzo ładnie! Dobry pies! Dobry Kajtek! Daj łapę! No pięć kolego…

– Nie słucha się.

– To przez stres. Trzeba nad tym pracować.

– A ty Roman czym się zajmujesz? Jesteś treserem?

– Ja? Poniekąd. To znaczy amatorsko to…  znaczy zawodowo nie…

– Masz psa?

– Miałem ale już nie mam. Nie mam czasu.

– Pewnie ci tego brakuje?

– I to jak! Kurde uwielbiam psy. Psy to całe moje życie!

– Bo słuchaj, właściwie to mam do ciebie prośbę i dlatego właściwie przyszłam. Zbliża mi się wyjazd do Mediolanu na parę dni a nikogo tutaj nie znam i myślałam, że może mógłbyś się nim zaopiekować…

– Ale ja właściwie nie jestem treserem i nie wiem jak sobie właściwie, no wiesz… Kurde, OK. Mogę się nim zająć. A kiedy jedziesz?

– Jutro.

– A kiedy wracasz?

– No… za dwa tygodnie.

– Aa…a nie będzie sikał u mnie?

– Raczej nie. To co jesteśmy umówieni?

– Tak. Luz. Nie ma problemu.

*****

I tak Roman, nieświadom w co się pakuje (bo nigdy nawet nie przyszło mu do głowy żeby sprawić sobie psa) wziął na swoje barki ciężar opieki nad totalnie nieokiełznanym i rozpieszczonym zwierzęciem i to na długie dwa tygodnie. – Kurwa! Ale ze mnie jełop! Jak mogłem się tak wmanewrować?! Czemu ten fagas z Warszawy się nim nie zajmie? Czemu zawsze taki głupi jestem – rozmyślał. Muszę się z tego jakoś wywinąć! Może Kluczyk mi jakoś pomoże? Pójdę do niego.

– Czołem Romuś! To co zwykle?

– Nie. Albo tak Ale mam problem…

– Masz dziecko?

– Nie. Psa.

– To wejdź pogadamy. Może pogramy se w jakieś gierki czy coś?

Rozwiązanie przyszło samo wraz z trzecim gibonem. Roman postanowił zająć się psem (w czym duchem wspierać go będzie Kluczyk). Wytrzyma dzielnie dwa tygodnie. Nauczy psa sikać gdzie trzeba i rozwiąże jego problem stresu a w nagrodę czekać go będzie gładka kibić i głębokie zielonookie spojrzenie rozkochanej w nim ponętnej Ani-sąsiadki.

Plan został zatem ustalony a nawet spisany i opaliwszy go czwartym gibonem Roman wrócił do domu położyć się wcześniej (o jedenastej) spać by rano pełen energii ruszyć ku nowej przygodzie.

Nazajutrz Ania i Kajtek zapukali do mieszkania numer osiem. Piękniejsza z tej dwójki wręczyła zaspanemu Romanowi torbę z karmą, wyrko i kaganiec. Pożegnała się z panami i ruszyła zdobywać świat swą słowiańską urodą.

Rozdział 2

Dwa tygodnie opieki nad Kajtkiem minęły niczym koszmar, z którego nie można się obudzić. Pies przegryzł wszystkie ważniejsze kable, sikał na lodówkę, gryzł, szczekał i wchodził do łóżka. Na dodatek w pracy zaczął się gorętszy okres i Roman musiał swoje w niej odsiedzieć. Będąc samotnie w domu, Kajtek urządzał prywatne party doprowadzając do ruiny kiedyś tak urocze mieszkanko pod adresem Traugutta 26/8. Największy kryzys przyszedł dziesiątego dnia, kiedy pies uszkodził PS3. Wtedy Roman definitywnie postanowił zawieźć go do schroniska. Nie zrobił tego tylko dlatego, że nie ma samochodu a Kluczykowi nie chciało się ruszać z domu.

Wreszcie nadszedł dzień czternasty. Padał deszcz i pogoda była szczególnie pod psem, który wył całą noc. Nad ranem zapukała zaspana po nocy w pociągu Ania.

– Hej i jak?

– Nie pytaj.

– Aż tak źle?

– Gorzej.

– Czyli dalej jest zestresowany?

– Nie, problem stresu jest rozwiązany. Pozostaje zagadka opętania przez Szatana, choroba za bardzo afektywna wielobiegunowa, chroniczne nie trzymanie moczu i moje ukochane PS3!

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj. Po prostu go wykastruj, przebij serce kołkiem, ścierwo skremuj, zaś prochy wyślij na orbitę (robią już takie rzeczy w Stanach). Wtedy będziemy kwita z tym sukinsynem.

– Każdy pies jest sukinsynem. To syn suki po prostu.

– Wiem.

– No nic. Przykro mi, że Kajtek tak zaszedł ci za skórę. Będziemy lecieć. Trzymaj się i jeszcze raz dziękuję.

– Nara.

– Jaka mądra – mruczał pod nosem już po zamknięciu drzwi Roman – Przykro mi i będziemy lecieć! A gdzie moja konsola?! Co z moimi rekordami? Ja muszę ćwiczyć skill’a! Jestem zawodowcem! Dobrze, że już nie ma tego kretyna. Wreszcie będę mógł się wyspać…no i to teraz zrobię.

– Co za cham – myślała już w swoim studio Ania. – Co ja jestem winna, że ten narkoman nie umie nawet psem się zająć. Wszyscy faceci to debile! Darek też tylko myśli o sobie. Chyba dam sobie z nimi spokój i zajmę się studiami na sto procent. Chociaż Angelo był ciekawy… i taki ma słodki akcent. Ach!

*

Nie poznaliśmy jeszcze alter ego Romana. W świcie wirtualnym nasz bohater występuje jako Dell. Ksywka ta pojawiła się jeszcze w erze Commodore i Atari i przetrwała do dziś. Dell jest anarchistą, mistrzem Street Fighter’a, hackerem i co kluczowe dla fabuły naszego romansu dostał dzisiaj mail’a od swojego od lat niewidzianego kumpla Avast’a:

Yo Dell,

jak tam życie w mieście stu mostów? Musimy się spotkać! Scrack’owałem system na grube miliony i potrzebuję back-up’u. Jeżeli deal się uda, nie będziemy musieli pracować… nigdy.

Gdzie się widzimy? Masz jakąś dupę?

Avast

Roman odpowiedział:

Siemasz,

wchodzę, cokolwiek ma to oznaczać. Dupy są do dupy. Bądź we Wrocku to pogadamy w realu.

Pozdro!

Wieczorem, w Trzynastu Igłach w okolicach rynku doszło do spotkania na szczycie. Po paru piwkach i grzecznościowym welcome joint’cie, Avast (który również występuje pod nick’iem Tomek) wyjaśnił swój plan. Mianowicie udało mu się wykraść z Deutsche Post dane teleadresowe milionów niemieckich obywateli. Teraz należało jedynie skontaktować się z okradzionymi, przedstawić im dowody swego rabunku i zaproponować ciche odsprzedanie informacji wraz z wyjaśnieniem słabości systemu przez które nastąpił wyciek. Jeden euro za adres brzmiała cena Avast’a.

Problemem jest tylko sama transakcja której Tomek boi się przeprowadzić. Ma dobrą pracę i nie jest aż tak zdeterminowany, by ryzykować życie za kratkami. Najlepiej wynająłby jakąś zgrabną dziewczynę, która za, powiedzmy, dwieście tysięcy poszła na jedno spotkanie i wróciła z walizką pieniędzy. Obaj dżentelmeni nie mieli pojęcia, kim ona mogłaby być więc postanowili przemyśleć sprawę i spotkać się za tydzień.

Na koniec wypili butelkę Żołądkowej Gorzkiej na Wyspie Słodowej i obaj bratersko się porzygali.

**

Nazajutrz rano, mimo kaca, Roman postanowił zmienić swoje życie. Zdecydował się przybrać styl karmazynowego kawalera III RP. Będzie miał hajs! Kupi sobie furę. Będzie jeździł od miasta do miasta swoim nowiuśkim Porsche Boxster’em i grał w turniejach gierek. Zostanie zawodowcem jak te dzieciaki w Korei które dzięki Star Craft’owi osiągnęli status równy piłkarzom.

– Ach! – marzył Roman – życie jeszcze będzie piękne.

Siedząc w oknie i pijąc drugą poranną kawę, zauważył symultaniczne wynoszącą śmiecie i wyprowadzającą psa Annę. Roman z perspektywy swoich przyszłych milionów stwierdził, że jest nijaka.

– Głupia dupa ze wsi, która pewnie jara się Johnym Deep’em i smutnym emo-rockiem – skwitował.

– Zresztą jej pies jest beznadziejny i nie da się z nim wytrzymać. Tak jest! – kontynuował swoje rozważania Roman – Już jej nie kocham. Olać sąsiadkę Anię! Teraz, kiedy prawie mam miliony mogę mieć każdą. Nie będę sobie zawracał głowy pierwszą lepszą małolatą. Może Angelina Jolie? Chyba jej się nie układa ostatnio z Bradem Pitt’em? To moja liga mniej więcej.

Tymczasem Ania stwierdziła, że Kajtek podczas jej nieobecności jakoś sporządniał. Wciąż sika ale jakby mniej i w przewidywalnych miejscach, tak że trudniej w nie wdepnąć. Ustaliła, że to zasługa dwóch tygodni tresury jej przepracowanego sąsiada.

– Hej! Słuchaj, chciałam cię przeprosić za Kajtka i jakoś wynagrodzić to, że popsuł ci konsolę.

– Spoko… jakoś się naprawi.

– Widzisz… przyniosłam ci tutaj moje PS2, może ci się spodoba. Ja już mam mało czasu, żeby pograć.

– Luz, mam dwójeczkę. Ale może zagramy w coś. Jest sobota w końcu.

– No… w sumie rzeczywiście jest sobota…Masz Tekken’a?

– Generalnie preferuję Street Fighter’a ale w “teka” też pomłucę z chęcią. Wpadaj!

Po dwudziestu ośmiu walkach był remis.

– Dobra jesteś. Grałaś trochę widzę.

– Ty też coś tam ogarniasz. Ale zazwyczaj wygrywam, w turniejach nawet grałam.

– Pierdolisz?! Jako kto? Może cię kojarzę…

– Keri.

– Nie wierzę! To ty jesteś tą chudą dziewczynką, która mnie pokonała na “Strzegom Juvenalia Game Pro”!

– A…więc to ty jesteś Dell! Nie wierzę! Cały czas mamy niedokończone rachunki po “Bitwie o Grunwald 2008”! Sędziowie wtedy mnie skrzywdzili!

– Po prostu się spóźniłaś, a ja wygrałem. Proste.

– O co gramy? Jest czternaście – czternaście.

– O to co zwykle – kto kręci gibona.

I tak nasi bohaterowie odnalazłszy się po latach spędzili cały dzień na kolejnych pojedynkach. Keri była lepsza w Tekken’a, Dell w Street Fightera, Ania przegrała w Fife ’09 ale wygrała w Plasma Ponga i miała lepsze czasy Tackmanii. Wieczorem wspólnie zamówili pizzę i spalili pożegnalnego lolka. Po braterskim uścisku dłoni i grzecznie poszli spać każde do swojego łóżka.

***

W niedzielę rano Ania spakowała manatki, wypiła kawę i ruszyła spotkać się z rodzicami w Strzegomiu. W pociągu pomyślała, że fajnie mieć takiego sąsiada jak Romek.

– W gruncie rzeczy jest zabawny i dobrze gra w Tekken’a… ale strasznie dziecinny i zębów nie myje! Mimo wszystko i tak jest dużym wytchnieniem po tych wszystkich wymoczkach, których spotykam w pracy. Ciekawe gdzie on pracuje? – rozważała – Gdyby schudł, urósł z dziesięć centymetrów i był bardziej miły… to kto wie?

Romek w tym czasie sprzątał mieszkanie – co zdarza mu się średnio raz na cztery miesiące i też rozmyślał o fajnej małolatce Keri, która niestety wyrosła na hipstera.

– Muszę ją trochę wychować to wyjdzie na ludzi. Za dużo czasu spędziła w Starbucksach całego świata i pewnie ten jej fagas jest jakimś pseudo dj-em grającym w “Lemoniadzie”. Ja już znam ten typ ludzi. Trzeba ją jakoś wyciągnąć z tej emo zarazy bo totalnie się dziewczyna zmarnuje. A taka fajna zawsze była…

Kiedy nasza bohaterka witała się z rodziną, do Romana zadzwonił telefon.

– Halo?

– Siema, Tomasz z tej strony.

– Co tam?

– Słuchaj musimy się streszczać. Bo ktoś inny odkryje to samo co ja… Masz tą dupę jakoś?

– Nie. To znaczy jest jedna ale chyba się nie nadaje i na pewno się nie zgodzi.

– A pytałeś?

– Nie ma po co. Ona jest z tych co pobiegną na policję. Nie chce jej w to wciągać?

– A kto to jest w ogóle?

– Nieważne. Może ty jakąś znajdziesz?

– Ja mam żonę idioto! I jej absolutnie nie można w to wtajemniczyć bo mnie zabije. Normalnie wbije mi tasak w ciemię. Tak zrobi. Już mi wiele razy to obiecywała.

– Dobra: coś wymyślę. Kiedy będziesz?

– Piątek, Sobota coś koło tego.

– OK, coś wymyślę. Nara!

– Trzymaj się.

Roman odłożył komórkę, puścił Methodman’a i zasępił się chwilę.

– W sumie dlaczego nie? Co ja jestem Chrystus z Nazaretu czy jak? Keri idealnie się nadaje. Zarobi sobie siano dziewczyna, a nawet jak coś pójdzie nie tak to jej nic niemiaszki nie zrobią, bo nic jej nie powiemy. Nie będzie nic wiedzieć. Pojedzie z nami do Berlina i dopiero po transakcji wyjaśnimy jej o co cho. Zresztą gdzie tu ryzyko? Muszę z nią pogadać.

Jak dobrze wiemy plan Romana nie mógł się ziścić. Ania była w domu, rozchwytywana przez koleżanki z podstawówki i gimnazjum dla których była gwiazdą z wielkiego świata. Opowiadała mamie i ojcu, jak wspaniale było w Mediolanie. Chodziła na spacery z Kajtkiem, który wreszcie miał się gdzie wylatać. No i oczywiście zajęła się wychowaniem młodszego brata, który znalazł sobie pierwszą w życiu dziewczynę i miał pełno pytań i wątpliwości. Nasi przyszli zakochani nie wymienili się numerami dlatego, Romanowi pozostało jedynie bezskuteczne pukanie do drzwi.

W środę nastąpił jednak przełom z życiu naszego bohatera. Po pracy postanowił wpaść na piwko do jakiejś knajpki. Wypił trzy w “Mleczarni” i kolejne cztery w “Niebie”. Co ważne, od drugiego towarzyszyła mu nowo poznana Jadwiga.

Roman w ciągu jednego wieczoru opowiedział jej całe swoje życie. Przyznał się do trudnych relacji z rodzicami i niemal rozpłakał podczas opowieści rozstaniu z Gosią (poprzednią dziewczyną Romana). Jadwiga wytrwale słuchała, popijała kolejne piwko za piwkiem. Przyznała się do kawalerskiego stanu i nudnej (księgowa) pracy. Zatańczyli parę przytulańców, by namiętnie pocałować się w toalecie. Następnie oboje, idąc zygzakiem ale za rękę, trafili do domu Romana. Tam, po krótkim posiłku i odkorkowaniu wina które rozlało się na łóżko, odbyli akt miłosny. Niestety ze względu na woń rozlanego wina, smród spoconych ciał oraz upojenie alkoholowe nie przyniósł on satysfakcji. Jadwiga rzetelnie, jak przystało na księgową, udawała. Roman zaś po pewnym czasie po prostu dał za wygraną, położył się i zasnął.

Rankiem oboje przyjrzeli się sobie nawzajem. Jako narrator, któremu nie przystaje oszukiwać swojego czytelnika, muszę uczciwie przyznać, że Jadwiga nie jest pięknością. Ma dość znaczną nadwagę, rude włosy i styl post-jarocinowej metalówy. Nosi glany, w uchu ma cztery metalowe kolczyki a na udach bliżej nieokreślone żółtawozielone pryszcze.

Po kawie i jajecznicy Jadwiga opuściła lokal numer osiem i pognała do pracy. Roman natomiast odpalił kompa i rozpoczął poszukiwania Anny Kos na facebook’u. Niestety bezskutecznie.

Rozdział 3

Przez dwa następne dni Jadwiga pisała pełne miłości i oddania sms’y na które Roman sporadycznie odpisywał. Tomek się nie odzywał zaś drzwi do mieszkania Ani wciąż pozostawały głuche na wszelkie pukanie.

Nasz bohater po środowym zdarzeniu wciąż odczuwał lekkiego kaca moralnego postanowił jednak wykorzystać fakt, że nareszcie ma dziewczynę do celów finansowych. Po pierwsze było mu wszystko jedno, po drugie nie miał żadnej alternatywy a sobota zbliżała się wielkimi krokami.

W piątek po południu do Romana zapukała Ania.

– Hej Roman! Słuchaj robimy z Darkiem małą domówkę jutro i pomyślałam, że może miałbyś ochotę wpaść.

– O! Cześć, długo cię nie widziałem… ale spoko. Pewnie. Wpadnę na bank. A mogę przyjść z dziewczyną?

– A pewnie! Czemu nie? W razie czego jak u mnie będzie za ciasno to zrobimy bibę na dwa mieszkania. Mam jeszcze jedno pytanko…

– Wal!

– Dałoby radę załatwić trochę zielska u ciebie?

– Nie będzie z tym problemu – uśmiechnął się Roman – będzie git.

W sobotę rano ze swojej pod-wrocławskiej siedziby przyjechał Avast. Zameldowała się wyjątkowo świeża i nawet ponętna Jadwiga i co naprawdę niesamowite, we własnej osobie i w wyprasowanej koszuli przyszedł również sam Kluczyk.

Cała czwórka oddała się piciu piwek, słuchaniu nowego mix-tape’a Fatboy Slima i grze w Monopoly. Około dziewiątej zapukał Darek i zaprosił całe towarzystwo do zmiany lokalu. U Ani czekały na nich apetyczne przekąski (koreczki, paluszki, sałatki i delicje), szampan oraz, co szczególnie zaskoczyło Romana, dobrze nagłośniona Paktofonika.

– Widzę Magik ciągle żywy… – rzucił na powitanie nasz bohater.

– Taaa….Darek nie przepada za hip-hopem, ja za to mam tyle wspomnień z nim związanych ze cały czas go słucham.

– A słyszałaś ostatnią płytę Rahima z Luc’iem?

– Słyszałam ale średnio mi się podoba. Wolę 39/89. To powinno się puszczać dzieciom w szkole zamiast historii.

– Zgadzam się.

Podczas gdy nasza ekipa kulturalnie upijała się szampanem zajadając delicje, do Ani powolutku schodzili się kolejni goście. Pojawił się Rafał który przyniósł flaszkę Żołądkowej Gorzkiej. Przyszedł Hubert z Beatą którzy są rozchwytywanym duetem dj’skim. Wielkie wejście zrobiły koleżanki z agencji Ani: Ewa, Monika i Magda. Około dwunastej zaś imprezę uświetnił Piasek którego wszyscy we Wrocławiu znają i nikt nie pamięta skąd.

Darek okazał się zupełnie fajnym facetem. Póki się nie upił robił odlotowe drinki bo kiedyś pracował jako barman. Podobał mu się finał Ligi Mistrzów i podobnie jak Roman kibicował Barcelonie. Ania krążyła między gośćmi i zamieniła nawet parę słów z Jadwigą. Po dłuższej chwili rozwagi stwierdziła, że doskonale do siebie z Romanem pasują.

– Oboje są tacy… grubsi i głośno się śmieją – pomyślało jej się bezczelnie.

Kluczyk nie pożałował faktu, że tak pedalsko (w jego mniemaniu) się wystroił, bo po szybko zauważalnie zbliżył się do Ewy. Tomek natomiast jak zwykle małomówny i skryty po trzecim gibonie i paru szotach wódki zasnął w pozie popielniczki na centralnej kanapie. Kajtek zaś spędziwszy cały wieczór zamknięty w toalecie grzecznie zajął się wyciem i zeskrobywaniem farby z drzwi.

Około drugiej Roman pomógł Ani wyrzucić śmieci.

– I co podoba ci się – rzuciła nasza modelka

– Taa…fajni są ci twoi znajomi.

– Twoi też, szczególnie Jadzia.

– Znam ją trzy dni…

– No coś ty! Bardzo do siebie pasujecie. Lubię ją.

– Przesadzasz. Właściwie jej nie znam – wykręcał się Roman.

– To poznaj!

– A czemu tobie tak na tym zależy?

– Bo widzisz…ja związałam się z Darkiem i niby dobrze nam razem ale czasem strasznie mnie wkurza.

– No widzisz. Dlatego chyba lepiej być singlem i mieć wszystko w dupie.

– Ale to smutno tak jakoś – zamyśliła się Ania.

– Niby tak ale…a z resztą mam teraz ważne sprawy na głowie.

– Praca?

– Nie. Coś zupełnie innego. Muszę jechać do Berlina z Tomkiem.

– Szmuglujecie samochody? – igrała z, coraz bardziej w niej zakochanym, naszym bohaterem.

– Tak. Wymieniamy je na pakiety speed’a i kursujemy w te i z powrotem – ironizował, coraz bardziej męski i ciekawy w oczach Ani, Roman.

Około piątej wszyscy goście się pospali poza Dell’em i Keri którzy tym razem testowali swoje umiejętności gry w Soul Calibur’a.

– I jak to jest być modelką? – rzucił Roman.

– Nudno. Ale i ciekawie. Jeździsz sobie. Byłam w wielu miejscach, wiesz miejscówkach, nawet już nie chodzi mi o geografię, gdzie nigdy bym nie trafiła. Na przykład w La Scali czy Momie…

– Gdzie?

– Museum of Modern Art w Nowym Jorku…

– Ja też byłem w Stanach, na Key West we Florydzie.

– I jak?

– Spoko. Próbowałem tam serfować ale słabo mi szło.

– Bo słaby jesteś po prostu – droczyła się Keri która właśnie wygrała koleją walkę.

– Przestań. Musisz zawsze być taka…

– Jaka? – tu po raz pierwszy spotkały się spojrzenia naszych głównych bohaterów. Słońce wstawało było cicho, romantycznie. Oboje byli odrobinę pijani ale wystarczająco trzeźwi by wiedzieć co święci. Gdyby tylko…

– Wody! – zaryczał właśnie powracający do żywych Tomek.

– Ja mu przyniosę – szepnęła Ania.

– Ja będę się zbierał powoli. – odszepnął Roman.

– Wygrałam – powiedziała bez satysfakcji.

– Tak. Wygrałaś. Gratulacje. – odparł melancholijnie nie odrywając wzroku od dwóch jarzących się rubinów.

– Wody! – Avast nie dawał spokoju.

– Już! Zamknij ryj debilu! – gniewnie rzucił Roman. Założył kaptur na głowę wziął pod ramię swego półmartwego przyjaciela i ruszył do azylu swoich czterech ścian.

*

Rankiem, a raczej wczesnym popołudniem, przy papierosie Tomasz i Roman odbyli męską rozmowę.

– Co robimy?

– Ja jestem zdecydowany. Jest Jadwiga. Trzeba ją jakoś wtajemniczyć. Spotykamy się z typami i robimy interes życia. Proste.

– Nie do końca – ostrzegał Avast. – Może zamiast kasy czekać na nas Polizei albo inne biuro do walki z przestępczością elektroniczną cokolwiek tam mają.

– Kontaktowałeś się z nimi?

– Tak. Wysłałem mail’a w którym dałem im czas do dzisiaj albo idę do prasy pochwalić się jaką rzetelną firmą jest Deutsche Post.

– Mówiłeś o hajsie?

– Euro za osobę. A co to za Jadwiga? Zależy ci na niej?

– Bardzo. Spójrz na nią i sam sobie odpowiedz.

– Dla mnie jest spoko. Miła bardzo. Wiesz o co chodzi, ja nie ryzykuję nic. Ty odrobinę, a ona wszystko. Mogą ją normalnie zawinąć do więzienia. Musi o tym wiedzieć. I nie bądź też taki Bruce Twary Wszechmogący bo jak zacznie sypać to tobie też się coś trafi.

– Kumam. Ja jestem zdecydowany Avast. Sprawdzaj skrzynkę!

– Dobra. – odparła łamiącym się głosem Tomek.

Do świata żywych powracała właśnie pełna lepkich pocałunków Jadzia.

– Hej chłopaki! Mogę fajeczkę? – rzuciła na powitanie.

– Hej. Trzymaj. Jak się spało? – grzecznie odparł nasz bohater.

– Samotnie. Gdzie byłeś Romuś? Czekałam na ciebie…

– Najebałem się jak świnia i nie ogarniałem – skłamał.

– Ha! Ha! – zaśmiała się końskim barytonem jego dziewczyna i oddała się chłonięciu nikotyny.

– Czołem ziomy! Dajcie szlugi! Dwa. – do kuchni wparował Kluczyk ze zwisającą mu przez ramię Ewą. – Jak melanż? Poznajcie moją dziewczynę…

– Znamy się. – uciął Roman – Weź lepiej posprzątaj rzygi z kibla bo to twoja spawka!

– Skąd wiesz?

– Widzę po twojej emo-koszuli i moim, kurwa, prześcieradle które suwasz po ziemi. Weź się ogarnij chłopaku bo wydzwonię mendy i się skończy love story!

– Co ty taki bojowniczy jesteś z samego rana?! – ubrała w słowa pytanie które cisnęło się na usta każdemu w kuchni, Jadzia.

– Kaca mam – po raz drugi skłamał Roman. Jakoś nie wypadało mu przyznać się, że kocha najzabawniejszą i najpiękniejszą dziewczynę na świecie, która jest zaledwie kilkanaście metrów od niego podczas gdy on uwiązany jest bandą śmierdzących debili. – Idę na chwilę do sąsiadów. Zapytam czy nie potrzebują pomocy.

– Pójdę z tobą – zaoferowała się Jadwiga.

– Nie! Nie trzeba. Może jeszcze śpią.

– Poczekaj! – krzyknął zza klawiatury Tomek – zanim pójdziesz musisz mi odpowiedzieć na zajebiście ważne pytanie: czy możesz jechać ze mną w środę do Berlina?

Zanim Roman zebrał myśli stojąc w drzwiach Kluczyk go wyprzedził – Ja mogę.

– Ja też – dodała siedząca mu na kolanach Ewa.

– No to jedziemy razem – skwitowała gotująca herbatę Jadzia.

– Klamka zapadła – podsumował Roman który przez cały ten kluczowy dla naszej fabuły moment z rozdziawionymi ustami gapił się na śmiertelnie poważnego Avasta.

**

– Hej Ania potrzebujesz jechać… tfu! …potrzebujesz pomocy w sprzątaniu?

– A u siebie już sprzątnąłeś? Podobno ktoś zrzygał ci się pod prysznicem…

– Tak. To Kluczyk, olać to. Właściwie to tak chciałem pogadać.

– Wpadaj! Właśnie zrobiłam kawę. O co chodzi?

– Widzisz…kurde, mam dwadzieścia osiem lat…

– Nie chcesz być z Jadwigą!

– Nie chcę.

– To pogadaj z nią.

– A ty chcesz być z Darkiem?

– A co to ma do rzeczy?! Zresztą o co ci chodzi?

– Nie ważne. Wszystko jakoś… Nic się nie zmieniało przez długi czas a teraz przyspieszyło jak w rollcoasterze… Nie ważne. Chcesz jechać do Berlina?

– Gdzie?

– Do Berlina jedziemy całą brygadą. Kluczyk jedzie, Ewa, Avast…

– …i Jadzia

– Jadwiga też. To co jedziesz?

– Nie wiem. Muszę pogadać w agencji. Może znajdą mi tam jakieś castingi. Jeżeli tak, to czemu nie? Skoro Ewa też jedzie.

– Super! To jesteśmy dogadani. Ruszamy we wtorek. Wszystko będzie git. Trzymaj się.

Roman wydał się Ani dzisiaj zupełnie inny niż zazwyczaj. Raz melancholijny, raz jakiś pobudzony.

– Ciekawe co mu się stało – myślała – Może ma długi albo go z pracy wyrzucili? Kto go tam wie? On zawsze jest taki jakiś tajemniczy jest. To dobrze jak mężczyzna jest tajemniczy. Nie taki jak Darek który wszystko co pomyśli to zaraz plecie… – tu Ania nie po raz pierwszy złapała się na tym ze porównywała obu dżentelmenów ze sobą. – A zresztą co tam! To tylko myśli. Mam do tego prawo. Darek cały czas wyjeżdża i czasem jest taki nudny! Czasami mam go zupełnie dosyć. Roman przynajmniej jest śmieszny.

***

Do wyjazdu Tomek zamieszkał u Romana. Jest to doskonała okazja by bliżej przyjrzeć osobliwemu Avastowi, który wniósł tak wiele zamieszania w spokojne życie naszego bohatera. Jest on chudym blondynem około trzydziestki. Styl ma typowo informatyczny – wąskie spodnie i sweterek z Zary to jego zwyczajowy outfit. Słucha japońskiej muzyki ośmiobitowej i popu z nurtu new romance. Jak sam twierdzi, muzyka musi być “kwasiście obrzydliwa” inaczej jest nudna. Swego czasu był dj-em w świętej pamięci Drodze do Mekki, jednak jego imprezy cieszyły się znikomą popularnością. Swój pobyt we Wrocławiu usprawiedliwił u domu delegacją, w pracy zaś chorobą.

– I jak – zagadnął go w poniedziałkowy ranek Roman – stresujesz się?

– O tyle o ile… Jadę zgarnąć hajs i chciałbym, żeby wszystko poszło według planu. To nawet dobrze, że jedziemy większą grupą: będziemy budzić mniej podejrzeń.

– No tak. A kto odbierze becel?

– Ty i twoja dziewczyna. Tak się umówiliśmy. Ja mam w dupie czy będzie to Jadzia, Ania czy Ewa. Obojętnie ziom. Ważne, żeby pójść tam w środę i szybko się potem zmyć.

– Masz rację – potwierdził Roman. – Wypijmy za to. – tu nasi komputerowcy wznieśli toast kubkami herbaty.

– Wiesz – sentymentalnie podjął Tomek – zastanawiam się czy to Deutsche Post i cały ten przekręt to nie jest jakiś test losu.

– Kontynuj.

– Chodzi mi o to, że wszystko w moim życiu teraz jest właściwie zajebiste. Mam żonę którą kocham, pracę która mnie ciekawi. Pieniędzy w sumie mi nie brakuje. A teraz ryzykuję wszystko.

– Jednak dodatkowe czterdzieści milionów euro ci nie zaszkodzi!

– A może trafimy wszyscy do więzienia. Wiesz różnie może być.

– Już nie przesadzaj – uspokajał go Roman. – wszystko będzie OK. Możemy sobie potem na Kanary polecieć i nie robić już nic! Pomyśl o tym! Ja osobiście jestem na takim level’u swojego życia, że mi wszystko jedno. Też w sumie mam robotę, mam kwadrat w którym mam to co chce mieć. Może poza PS3 które mi ten durny pies rozwalił, ale to bez znaczenia. Chodzi o to bracie, że już skończyło nam się dzieciństwo, studia i cały czas (mimo wszystko) nie potrafię tak naprawdę wydorośleć i podejrzewam, że ty też.

– Ja też bracie.

– No widzisz a mamy okazje dzięki prostemu trickowi rozjebać ten system który nasz zmusza by bawić się w te wszystkie gierki (jak zarabianie pieniędzy na przykład) zupełnie na poważnie. No sam pomyśl Avast, albo lepiej odpowiedz mi: co tak na serio jest ważne w tym kosmicznym pierdolniku który nazywamy życiem?

– Musisz, cytując Laskę z “Chłopaki nie płaczą” odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście ważne pytanie. Co lubisz robić w życiu i to robić.

– Ja lubię grać w gierki i jarać gibony – bez namysłu odparł Dell.

– A ja kocham swoją żonę i chcę się z nią radośnie zestarzeć – ważąc każde słowo odpowiedział Avast.

– …ale?

– Ale jarać zioło i dobre gierki też lubię. Poza tym nigdy nie byłem w Indiach czy Chinach a póki pracuję nigdy tego nie zrobię. Wiem o co ci chodzi Roman. Społeczeństwo czy system jak to nazywasz ciągle wtłacza nas w role do odegrania w zamian za kredyty, szacunek, sławę czy jakiekolwiek inne benefity. Ja zdaję sobie sprawę, że wyzbywając się jednego tylko czynnika, wpływającego na mnie – na moje szczęście czy nawet spokój, jakim jest potrzeba pieniędzy tak wiele w moim życiu się nie zmieni. Dalej będę sobą – Avastem czy Tomkiem. Dalej będę chudym mikrusem który jara się muzyką której nikt nie słucha. Nic właściwie się nie zmieni poza tym, że nie będę musiał już pracować.

– Masz rację stary. Wiesz pomyślałem sobie, jadąc do Niemiec warto by odwiedzić Marcusa i Tomasa… oni są jeszcze bardziej poza systemem niż ja czy ty. Oni po prostu se żyją i robią to na pełenej kurwie.

– He, he – zaśmiał się na potwierdzenie słów swego rozmówcy Tomek – musimy zahaczyć o Cottbus!

– Zgoda.

Rozdział 4

We wtorek o szesnastej cała ekipa zjawiła się na przebudowywanym z okazji zbliżającego się Euro 2012 wrocławskim dworcu głównym. Jadzia naszykowała stos kanapek jednak wykręciła się z wyjazdu ze względu na pracę. Kluczyk dobrze ukrył (w torebce Ewy) dwudziestogramowy pakiet “zielonej inspiracji” zaś Ania przyniosła kosz świeżych nowalijek i owoców. Darek w wyjątkowo złym humorze przyszedł z Kajtkiem złożyć pożegnalne uściski które ku zaskoczeniu wszystkich były dość zimne. Cała piątka kupiła bilety do Zgorzelca zasiadła do przedziału i zgodnie z planem ruszyła ku nowej przygodzie.

– I jak? Macie jakieś castingi w Berlinie – zagadnął dziewczyny Roman.

– Coś tam jest. Ale dopiero we czwartek – odpowiedziała Ewa i zamknęła usta słodkim buziakiem w policzek Kluczyka. On zaś, korzystając z chwilowej ciszy przemówił do wszystkich.

– Słuchajcie! To jest mój pierwszy wyjazd za granicę od czterech lat i chciałem wam podziękować, że mnie wyciągnęliście. W ogóle muszę wam powiedzieć, że jestem absolutnie szczęśliwy.

– Ja też! – dodała Ewa. – I do tego jestem niemal zakochana.

– Niemal? – podchwyciła Ania.

– Bo prawdziwa miłość zaczyna się dopiero po miesiącu. Wcześniej to tylko zauroczenie- wyjaśniła z precyzją rodem z Cosmopolitan dziewczyna Kluczyka.

– Acha. – beznamiętnie skwitował nasz wpatrzony w szybę główny męski bohater – może zmieniając temat: co wy na to by dzisiaj wpaść jeszcze do moich kumpli w Cottbus?

– Ty masz jakiś kumpli? – pół żartem rzucił dealer.

– Mam. I to naprawdę dobre ziomki. Już mało jest takich w tych spedalonych post-hipisowskich czasach.

– Czemu ty jesteś taki zawsze ponury? – zirytowała się Ania. – Jedziemy wszyscy razem we wspaniałą wycieczkę. Wszyscy razem, chociaż znamy się chwilkę a ty znowu o spedalonych czasach. Co ci nie pasuje? O co ci właściwie, tak na serio chodzi.

– Jemu chodzi, żeby pomarudzić po prostu – wyjaśnił Avast. – Taki już jest: jeżeli trochę nie posmęci to nie jest sobą. Ale wracając do tematu ja się z chęcią u Marcusa i Tomasa zatrzymam. Już nawet napisałem do nich maila.

– Trzeba było do nich zadzwonić – rozsądnie zauważyła Ania lecz nikt jej nie odpowiedział.

– Czyli ustalone – podsumował Kluczyk. – Palimy lola? Dawaj kobieto sytuację. Ja kręcę!

*

W Zgorzelcu nasza brygada fotografując każde drzewko przekroczyła granicę, i już z Görlitz ruszyła regionalnym pociągiem w kierunku Cottbus. Czas w pociągu umilała naszym bohaterom śmiertelnie poważna gra w “państwa, miasta na wyzwania”. Przegrany musiał wykonać to co sadystyczna grupa sobie zażyczyła. I tak Avast musiał pójść do konduktora i po niemiecku zapytać się o drogę do Madrytu. Na co usłużny funkcjonariusz Deutsche Bahn, przedstawił dokładny plan ze wszystkimi przesiadkami i nawet mocno się nie zdziwił. Roman wszedł do sąsiedniego, dość zaludnionego segmentu i zrobił dwadzieścia brzuszków. Dziewczyny ku uciesze pociągowej gawiedzi musiały się namiętnie pocałować co ku jeszcze większej uciesze powtórzyli, kolejkę później, Kluczyk z Tomkiem. Po dwóch przesiadkach, zgrzewce zakupionego piwa i paru gibonach, nasi podróżnicy w stanie znacznego upojenia dotarli do celu.

Tu przywitał ich Tomas, który jest zniemczonym Ślązakiem i mówi jeszcze szlachetną mową Norwida i Słowackiego.

– Witajcie. Myślałem, że sam przyjedziesz Avast, ewentualnie z Romanem a tu taki skład! Ale jakoś się pomieścimy. Mam szopę za miastem gdzie możemy sobie ognisko zrobić.

– O to chodzi! – przywitał się Roman, ściskając się z przyjacielem – Kupę lat, stary!

– No dwa dokładnie. Ale chodźmy bo już ciemno jest! Witajcie Tomas!

– Cześć. Ewa.

– Hej. Ania.

– Siemasz stary. A gdzie Markus? – zapytał Avast.

– Już na miejscu. Szykujemy się do wycieczki w weekend.

Tu należy się czytelnikowi krótkie wyjaśnienie. Swego czasu Roman podróżując na trasie Wrocław-Paryż autostopem, na jednej z podstuttgardzkich stacji benzynowych spotkał dwóch tankujących swoje futurystyczne ścigacze Niemców. Ku zaskoczeniu naszego bohatera Markus i Tomas, bo o nich mowa, zaoferowali Romanowi przejażdżkę na pędzącym ponad dwieście kilometrów motorze ze Stuttgartu aż w Alpy. Była to jedna z najbardziej mistycznych i wręcz ostatecznych chwil w życiu naszego leniwego programisty, gdy śmierć czyhała za każdym zakrętem. Mało tego, jazda na motorze była tylko wstępem do finałowej rozrywki, gdzie Markus i Tomas wspinali się na przeszło stumetrową skałę (bez zabezpieczeń!) by skoczyć z niej na schowanym w plecaku spadochronie. W owej chwili Roman zrozumiał ideę nietchowskich nadludzi. Zwykli kolesie pracujący od poniedziałku do piątku w fabryce kurczaków czy innej “minimum-wage job” w sobotę zakładają stalowe linki na szyję, które zacisną się przy wypadku i pędzą (dosłownie!) na złamanie karku ku monumentalnym górom by szukać jeszcze bardziej niebezpiecznych wrażeń. Nasi bohaterowie pojawiają się we wtorek który upłynie im spokoju niemieckiej prowincji. Będą kiełbaski, piwko i żarty zamiast samobójczych testów własnej wytrzymałości ludzi chorych na adrenalinę.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s